środa, 12 marca 2014

In Defense of Our Dreams

Witam jeśli ktoś tu jeszcze zagląda. Przyznaje się bez bicia nie miałam ani czasu ani ochoty tutaj pisać. Nie wiem, tak jakoś wyszło. Obecnie mam jeden wielki 'grajdołek' w głowie. Milion myśli na sekundę i kiedy wydaje mi się że już wiem o co i chodzi i czego chce, nagle wszystko pryska i znowu nic nie wiem. Sama dokładnie nie wiem co siedzi w mojej głowie ale strasznie mnie to męczy ale nie wiem jak sobie z tym poradzic.



Co więcej u mnie? Jedna z najważniejszych info. Widziałam Jareda Leto w Londynie na premierze Dallas Buyers Club 29 stycznia. Wszystko było takie nie realne i miałam wrażenie że za chcwilę się obudzę. Ale od poczatku! Wyszperałam w necie info, że premiera, że Leto, że Matthew i że w Londynie. Grzech nie spróbowac. Szybka wiadomość do M i jest idziemy razem. Premiera wypadała w środę o 6 po południu więc musiałam poprosić hostkę o wolne. Zgodziła się. Razem odebrałyśmy Z ze szkoły i H podrzuciłam mnie na dworzec. O 2 byłam już w Green Parku i czekałam na M. Jest. Biegem pod kino, cobyśmy miały dobre miejsce. Było już kilkunastu fanów, wiec i my sutawiłysmy się w kolejce. Pogoda była okropna, cały dzień była mżawka i było zimno. Ale mi to było obojętne w tej chwili. Najważnejsze było dla mnie spotkanie Jareda. Strasznie nam się dłużyło, było coraz zimniej i ciemniej. Około 5 zaczęli rozkładac barierki i przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, miejsca tuż przy barierkach. Czy może być coś lepszego. Około godziny zaczęło robić się trochę bardziej tłoczno. Byłam coraz bardziej pojarana tym wszystkim, nie przeszkadzał mi deszcz ani wiatr. Rozmawiałysmy z ochroniarzami i tak dla żartu zapytałyśmy czy nie ma przypadkiem wolnych biletów na premierę. Powiedział że niestety, więc dałyśmy sobie spokój i czekałyśmy. Około 7, tak wiem gwiazdy zawsze się spóźniają, podszedł do nas inny starszy ochroniarz O; Why are you here girls? J; To see Jared ofcourse. ;) tylko wywrócił oczami. O: Would you like to see the movie? J(do siebie) WTF ? Of course! We would love to! Ochrroniaż ciężko wzdychnął i mówi do drugiego: I don't usually do things like that. But I'm grandfather too. So here you go girls ! I teraz wyobraźcie sobie co działo się w mojej głowie. Ja z Jaredem Leto, z tym Jaredem w tym  samym pomieszceniue. Good God ! Stoje jak wryta z tymi biletami i pytam się gościa : Are u serious? O: I don't have time to make a joke in this job. This ways girls. To idziemy, serce mi waliło jak szalone, jak przed randką albo coś w ten deseń ;). No i wesłyśmy do kina po czerwonym dywanie. Jak jakieś super stars :) I w takich momentach wiesz że warto mieć marzenia! I zajełyśmy miejsca po około 15 minutach na scene wchodzi dyrektor teatru i zapowiada : Ladies and Gentelman! Welcome Matthew McConaughey and Jared Leto. I mój świat zwalnia. Odwracam się do tyły i najpierw wchodzi Matthew a za nim mój Jared. Najpierw kapelusz potem Jared. I eksplozja szczęścia w mojej głowie, duszy i sercu. Wiem, że to brzmi jak fangirls ale nie, nie :) Wiedziałam, że on jest perfekcyjny ale, widząc go tak blisko, prawie że na wyciągniecie ręki. To było takie nie realne, nie prawdziwe. Nie z tej ziemi. Mam filmiki może uda mi się coś wgrać. Powiedzieli kilka słów i zyczyli miłego seansu. Ha dobre sobie. Jak ja mam spokojnie oglądać film w sali kinowej, kiedy wiem że kilka stopni niżej w holu będzie Jared udzielał wywiadów. Kiedy wychodził z sali, ja oczywiście odprowadziłam wzrokiem. Mój umysł nie ogarniał jego perfekcji i zajebistości - pomachał do nas i powiedział 'Don't talk. See you later' I póścił oczko. Normalnie czułam się znowu jakbym miała te 15-16 lat. !! I trochę się uspokoiłam i obejrzałam film, chociaż myślami byłam gdzie indziej. Oczywiśćie się pobeczałam. Polecam film jak najbardziej, trzeba zobaczyć. Jak bym z chcęcią zobaczyła go raz jeszcze ;) Po zakończeniu pokazu Jared and Matthew wrócili na scenie. Gdzie odpowidali na pytania. Sczerze mówiąc nie miałam pojecia o czym mówił Mathew bo byłam zajęta wpatrywaniem się w Jareda. Kiedy M mówił Jared wodził oczami po całej sali. Tak jakby skanował wszystkich po koleji. Samo to że patrzył w moim kierunku mnie onieśmielało, mimo że nie miałam pewności że patrzy akurat na mnie. Zapewne każdy widział lub słyszał o perfekcyjnym ombre hair Jareda. Tak są perfekcyjne. Nie umiem określic dokładnie tego uczucia, kiedy widzisz kogoś na żywo, kogoś kogo podziwiasz tylko przez szklany ekran i nagle jest tutaj w tym samym pomieszczeniu tak blisko. I tak go zeskanowałam od góry do dołu. Sposób w jaki poprawia swoje włosy albo jak siada, albo jak gestykuluje. O matko ! Nawet jak teraz o tym myśle to znowu poziom endorfin mi podskakuje na maxa. Dlatego teraz tak bardzo czekam na koncert Marsów w Rybniku i w sumie tylko tym żyje, każdy poranek to jeden dzień bliżej do kolejnego spotkania, do kolejnej niezapomnianej nocy w moim życiu. Nie musisz rozumieć, nie musisz popierać ważne że ja się jaram tym, że sprawia mi to frajdę. A i tak dla ścisłości co by nie było, że jaram się tylko jego wyglądem. Nie, jaram się tym co on robi, jaram się muzyką i jegą pasją i zaangażowaniem w to co robi. W to co Thirty Seconds to Mars robi dla fanów dla Echelon-u ! Muzyka do mnie przemawia jak najbardziej, dzieki niej odnajduje siebie i wierze, marzę i idę do przodu mimo wszystko.





PROVEHITO IN ALTUM


Co więcej u mnie, to w sumie nic. Mam do opieki dwóch chłopców teraz. Charlie i Zac. Pomału oswajam się z wiekszą listą obowiązków. Mimo, że trochę ciężko mi było przestawić się na wstawanie o 7 dzień w dzień to teraz daję radę, W końcu spanie do 11-12 a pobudka o 7 to ogromna różnica. Dlatego wcześniej każdą wolną chwilę w ciągu dnia, znaczy kiedy Z był w szkole poprostu przesypiałam. A teraz już jest ok. W ciągu tych 2-3 wolnych godzin czytam, spaceruję i robie wszystkie inne rzeczy. W weekendy spotykam się ze znajomymi, imprezuje jak mam ochotę i tak mi mija tutaj czas. Choć czuję, że czas na zmiany i to diametralne. Na razie jestem na etapie rozmyślania i odszukiwania siebie.

Skończyłam 21 lat. Miałam trochę dołą z tego powodu, ale doszłam do wniosku że wiek to tylko liczba.
Także jest ok. A najlepszym prezentem urodzinowym było zobacznie mojego guru na żywo czyt. Jared ;)

W niedziele byłam z S w Londynie. Pogoda była przepiękna i prawie 20 stopni. Pospacerowalyśmy wzdłuż Tamizy, I po drodze spotkałam drugą miłość mojego życia. W jednej z wielu uliczek usłyszałam znajoma piosenkę ale nie byłam pewna czy to ta o której myśle. I jest, chłopak z gitara i z głosem z nie z tej ziemi. Ja patrze w niego jak w obrazek, S mnie szturcha że troche siara, a ja w międyczasie mówię do niej że znowu się zakochałam <3. Jak się okazało ta piosenka to 'Get Lucky' której wprost nie moge strawić, działa mi na nerwy i nie ma opcji żebym sama z własnej woli sobię ją odtworzyła ale w Jego aranżacji to już zepełnie ina sprawa. Wylookałam go do razu na Twitterze, i tweetnełam :) Zaśpiewał jeszce 'Skinny Love' i jeszcze coś co znam ale nie mogę sobie przyponieć. Ahh! Zostałybysmy jeszcze dłużej, ale żołądki nam już skrecało z głodu wieć niestety musiałysmy iść. Poszłyśmy na lunch do tej samej restauracji blisko London Bridge w moje urodziny. Fajne miejsce, nie pamiętam nazwy niestety.

Dziś jest środa a ja tego posta pisze od poniedziałku. Bez komentarza.

Ja mam ciągle mentlik w głowie, czas goni a ja musze się w końcu zdecydować ! Czasami bycie dorosłym jest do du!!







To rude coś w prawym dolnym rogi to ja :) Ja z Jaredem <3








DREAM OUT LOUD !

wtorek, 14 stycznia 2014

Update 2014

Witajcie w 2014! Wiem, że już prawie połowa stycznia ale pisanie postów w ostatnim czasie nie było moim priorytetem. Ani ochoty nie miałam ani pomysłu co napisać. I tym samym złamałam jedno z moich noworocznych postanowień. A mianowicie częstsze i badziej regularne dodawanie postów. Ale mam nadzieję, ze teraz jakoś to pójdzie bo bd miała bardziej uregulowany tryb dnia, bo ostatnio to działało w cztery światy ale po kolei. 

Po pierwsze najważniejsze MAM BILET na MARSÓW ! Rybnik 22.06.2014 GOLDEN CIRCLE ! Już odliczam dni, hostka jeszcze nic nie wie, ale nie mam pewności, że pozostanę z tą rodzinką do tego czasu. Zobaczymy.
Święta w domu minęły mi bardzo szybko, jak zawsze zresztą. Chaos na lotnisku do Polski, nie wiadomo nic było co gdzie i jak. Multum ludzi, kolejka zaczynała się przy samym wejściu na hale odlotów. Super nie? Byłam jako ostatnia na pokładzie samolotu. Jeszcze chwila, a wołali by mnie po nazwisku albo po prostu pocałowałabym bramke. No ale udało się, szczęśliwie wylądowałam w Katowicach, mimo że latałam już kilka razy to nadal się boję. Brrr! Staram się zawsze spać ale nie zawsze się da. No ale. Czas leciał ja szalony zanim się zorientowałam był już 27 i trzeba było wracać. Ale muszę przyznać, że to był najtrudniejszy powrót do Londynu. Wróciłam w piątek, miałam babysitting. W sobotę wolne, ale  ze względu na brak jakiejkolwiek ochoty do życia cały dzień spędziłam w pokoju, oglądając łzawe filmy, jedząc czekoladę i rozmyślając co dalej. Szczerze mówiąc bardzo poważnie analizowałam powrót do domu. Plus mały zachowywał się dosyć dziwnie co ja niestety odbierałam bardzo emocjonalnie i było jak było. Ale po przeanalizowaniu za i przeciw doszłam do wniosku, że nie ma co i że zostaję ale muszę coś w swoim życiu zmienić. W niedziele w ramach przywitania mnie hostka zabrała nas na show do teatru na Kopciuszka. Świetna zabawa, jednym z wystepujących była gwiazda serialu Eastenders, którego potem odwiedziliśmy w garderobie- bo to znajomy hostki. Fajny facet i jak na swoje lata dobrze się trzyma. I potem już było lepiej, bo nowy tydzień powrót do obowiązków. Miałam niby pracować w sylwestra ale okazało się że nie muszę. Na moje nieszczęście wybrałam się z L i B na pokaz sztucznych ogni w centrum. Nigdy więcej, masa ludzi jak na pielgrzymce do Częstochowy tylko ci bardziej nie okrzesani plus między nimi matki z dziećmi w wózkach. Po prostu masakra, rozumiem że to Sylwester ale to chyba nie zbyt odpowiednie miejsce dla niemowląt i dzieci w wieku 3-4 lat. Masakra, dobrze że kupiłam szampana bo na zupełnie trzeźwo chyba bym tego nie ogarnęła. Byliśmy przy tamizie, póltora godziny czekania i 15 minut fajerwerków których i tak mało co było widać. Wszyscy z telefonami  w reku akurat to była ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę. A powrót do domu tragedia, metra zablokowane totalnie, stacje pozamykane, Londyn wyglądał jak po wybuchu bomby. W domu byłam o 5, nie pytajcie jak mi się udało wrócić do domu. Także sywester w centrum nie polecam. Dzicz i swołocz! Okazało się że musiałam pracować w Nowy Rok bo hostak musiała siostrę na lotnisko odwieźć. Także rano miałam ochotę strzelić sobie w łeb. Zajebisty początek roku, nie ma co.  Na szczęście udało mi się zamienić babysiting z soboty na piątek i mogłąm się wyszaleć w klubie z Sari bo w końcu wróciła do Londynu. Byłyśmy w Roxy w Soho. Super miejsce i świetna muzyka. Do domu wróciłam o 7 chyba, i po południu przyszła do mnie L i oglądayśmy jakąś durną komedie bo nie miałam ani energii ani ochoty na nic innego. W poniedziałek poejchaliśmy z Z na Willow Farm i L z jej chłopkami. Świetne miejsce, można karmić zwierzęta i wiele innych atrakcji dla całych rodzin. Hostka zmieniła małemu szkołe. Teraz chodzi do Edgware, jest tam dłużej i to jest żydowska szkoła więc mały uczy się świąt i języka. Trochę więcej kłopotu dla mnie bo dalej i będe zabierać małego częsciej, bo codziennie, bo niedługo pojawi się nowy członek mojej host rodzinki i hostka nie bd w stanie zabierać do szkoły małego. Ale w sumie to ok, tylko musze znaleźć sobie jakieś zajęcie w międzyczasie kiedy mały jest w szkole. Bo nie muszę być w tym czasie w domu. Przynajmniej na razie. Także, skończyło się spanie do 11, niestety. No ale ;) Nie ma co się z tego powodu dołować. W sumie dzięki temu teraz tutaj piszę, bo siedzę w nero i trochę mi to pisanie nie idzie bo barista mnie rozprasza ;) Bedę tu częściej na pewno. W ostatni piątek wyskoczyłam z S do Roxy znowu. Trzeba się wyszaleć, za niedługo kończe 21 lat. Matko! Czas zapieprza jak szalony. Wróciłam do Collegu, zapisałam się na kolejny kurs. Dziś pierwsza lekcja i nowi uczniowie. Liczę na jakiś ludzi w moim wieku, bo V wróciła do domu i ja jestem jako jedyna najmłodsza, jak zwykle zresztą.
W niedzielę widziałam się z S w Watford,  i jakoś tak się zgadałyśmy o włosach i powiedziałam jej że zawsze chciałam się ufarbowac na rudo, ale nie miałam nigdy odwagi to mnie zaciągnęła do Bootsa i od niedzieli jestem ruda, nie wiem na jak długo ale zobaczymy ;) 
Oglądam ostatnio dużo filmów, między innymi obejrzałam dosyć często zachwalany przez dziewczyny na różnych portalach 3 Metry nad niebem. I muszę powiedzieć, że nie jest taki najgorszy i zakończenie co mnie zdziwiło, bez happy endu. Ale z tego co się zorientowałam to jest 2 i powstaje 3 część także zobaczymy. Widziałam też dokument o One Direction; This is us. Fajny nawet szalone chłopaki robią to co lubią, nie jestem może jakąś wielką fanką ani tym bardziej directioner ale cenię chłopaków za to co robią i jacy są bardziej niż pana Bimbera który zachowuję się jak rozkapryszony dzieciak ze zbyt wysokim ego. No ale :)

Tym razem znowu bez zdjęć, ale zapraszam na insta Instagram :)

A i najważniejsze, w niedziele w nocy było rozdanie Złotych Globów i zgadnijcie kto był jednym z laureatów! Jared Leto za film Dallas Buyers Club w kategorii najlepszy artysta drugoplanowy. Czekałam do 3 na ogłoszenie. Wiedziałam że wygra. Film w kinach w UK od 7 lutego. Będe napewno. :)


Zostawiam was z Jamesem <3
Miłego dnia :)