wtorek, 30 kwietnia 2013

boat party

Hejka ;)
Ostatni tydzień minął mi jak zwykle bardzo dobrze. Zakupiłam książkę, 'Zmierzch' oczywiście w anglojęzycznej wersjii. Bo po polsku wszystkie części pochłonęłam jednym tchem bodajże w ciągu tygodnia. Ale wydaje mi się, że o wiele lepiej czy ta się ją po angielsku. Pogoda była świetna w granicach 20-23 stopni. Ale od czwartku zaczęło się psuć i tak już zostało w granicach 13. 
A no w sobotę byłam na boat party z Mają. Najpierw rano skoczyłam do Watford bo potrzebowałam kilku pierdół a mianowicie chodziło mi o lokówkę i udało się dorwałam bardzo dobra lokówkę 19-32mm w bardzo dobrej cenie. Uwielbiam Argos. Wchodzisz, przeglądasz katalog, zapisujesz kod, płacisz w kasie, siadasz relaksujesz się przez chwilkę i potem wzywają twój numerek i już. Kij tam, że poparzyłam sobie łapy jak się kręciłam ale dałam radę. A no i zabrałam Maję z Watford do 'siebie', żebyśmy się mogły razem przygotować na impre. I tylko dzięki temu, że nie musiałam sama jechać do Londynu nałożyłam sukienkę, przed którą broniłam się jak tylko mogłam rękami i nogami. A co najśmieszniejsze hości byli ciągle w domu. I ja starałam się wyjść stamtąd niezauważona. No ale nie udało się ja byłam już na drodze do bramy, ale HM zauważyła Maję i wyszła do ogrodu. A ja nie lubię czegoś takiego. Zawsze jak gdzieś idę, to się wymykam najciszej jak tylko mogę i do tego bokiem. No ale nic, HM zrobiła nam zdjęcia, co oczywiście było jej pomysłem i poszłyśmy z Mają na autobus potem metro i łódź. W środku super, parkiet tylko trochę rzucało mną jak skręcaliśmy  i trzeba się było trzymać barierki albo sufitu. No ale co kto woli. Matko tylko muzyka dno i wodorosty po 15 minutach  house, trance czy cokolwiek by to nie było głowę miałam ogromną. Nie ogarniam tej muzyki. Jedna piosenka trwa około 4-5 minut i nic tam się nie dzieje ciągle ta sama linia melodyczna, zero jakiegokolwiek śpiewania. Tylko buc-buc-buc. Tragedia jak dla mnie. Ale z czasem dało się chociaż odrobinę przyzwyczaić i trochę sobie potańczyć. Oczywiście zrobiłyśmy z Mają Titanica na dziobie statku. Mimo,że piździło jak nie wiem. Popłyneliśmy aż, za Greenwich. Bazgrałyśmy sb z Mają po szybie coś w stylu Poland albo Slovakia i po chwili podchodzi do mnie chłopak i pyta czy ja to napisałam w sensie, że Polska. Ja mówię, że tak a on mi wyciąga dowód i pokazuję co prawda brytyjski ale nazwisko polskie. Krawczyk. Jego tata jest polakiem ale Matt, nie potrafi mówić po polsku. Hmm a szkoda. Potem jeszcze gadaliśmy przez chwilę. Potem jakoś tak wyszło, że wbiłyśmy się w grupę ludzi, gdzie ktoś miał urodziny. I tak już bawiliśmy się do końca razem, aż sama się dziwię, ze pamiętam imiona Sam, Sonny i Tom. Co prawda tylko męskie, ale po co mi imiona dziewczyn ;)  Ogólnie było super, i nawet wytrzymałam w butach cały wieczór. Impreza zaczęła się około 6 a skończyła przed 12. Także udało mi się złapać ostatni  pociąg do domu i potem autobus. Ale nie obyło by się bez atrakcji, przy bramkach na metro. Stała dziewczyna i płakała i coś mnie drgnęło i pytam się co się stało a ona, że nic. Że to przez jej chłopaka. I jak się potem okazało chłopak ma na imię Paweł. Czyli welcome Poland ;) Nie wiem jak to się tam skończyło ale Paweł się wrócił i zaczął rzucać wszystkim co miał w ręku mam na myśli kurtkę telefon i portfel. Ale nie miałam czasu się tym interesować bo mogłam stracić pociąg do domu. Wiem tyle, że strażnik musiał interweniować. No niestety. W domu byłam koło 2 i od razu zasnęłam. Oczywiście najpierw starłam tapetę z twarzy. A w niedzielę leniłam się do 1, potem połaziłam z Mają po Hyde Parku, ale było zimno jak cholera. A około 5 spotkałam się z Moniką w pubie i potem wróciłam padnięta do domu. A w poniedziałek pogoda dała o sobie znać i nie obyło się bez gorączki i bólu głowy ale wzięłam jakieś prochy i dziś jest już dobrze. Ten weekend mam pracujący cały, plus babysitting bo Hm ma koncerty. Ale w sumie to i lepiej zaoszczędzę kasę, bo chciałabym sobie kupić w końcu jakiś normalny telefon. 
No i w sumie to by był na tyle. 








XXX


sobota, 20 kwietnia 2013

primadonna girl

Kończy się kolejny tydzień a ja  jeszcze nic nie napisałam o poprzednim. A mianowicie w zeszły wtorek wybrałam się z Sari na kolacje do jakiejś włoskiej knajpki. A że bardzo dobrze się dogadujemy z restauracji przeniosłyśmy się do baru. A tam znowu miałyśmy stalkera. Gościu wlazł do baru zmówił piwo i usiadł przy stoliku obok nas. I to jeszcze w taki sposób, żeby wszystko dokładnie słyszeć i chłopak myślał, że my tego nie widzimy. No ale ok. Ignorowałyśmy go. Potem przeniósł się na drugą stronę i lampił się bezczelnie. W końcu mu się znudziło i wyszedł. Było koło 11, Sari się nie śpieszyło do domu mi w sumie też nie. To wybrałyśmy się do Paparazzi akurat karaoke night się trafiło. Co prawda nie śpiewałyśmy, ale nasze zainteresowanie wzbudziła para gejów którzy co chwilę śpiewali sobie piosenki o miłości. Haha a niech im się wiedzie;) Dochodziła 12;30 ja byłam święcie przekonana że ostatni autobus mam 1:05. Ale nie. Niespodziewajka! Autobus miałam za 15 12. I co teraz? Gdyby nie Sari to darłabym z buta. Wzięłam taksówkę - musiałam się zapożyczyć u Sari na 5 funtów bo nie przewidywałam żadnych większych wydatków ani takiej ekstawagancji jak jazda taxi do domu tego wieczoru. No ale nic trudno. Ale za to bawiłam się z moją fińską przyjaciółką genialnie.
W piątek umówiłam się również z Sari na wieczór. Po drodze do Watford dowiedziałam się że będą dodatkowi goście. Myślę sobie super w końcu poznam kogoś nowego. Wbiłam do baru oczywiście spóźniona, bo po co być punktualnym ;) Sari czekała na mnie przy wejściu. Zamówiłyśmy wino Via Maria czy coś w ten deseń. Poszłyśmy do stolika a tam 3 kolesi Dn- chłopak Sari, G i J- ja na niego mówiłam Jackob - bo wyglądał jak skóra zdjęta z Jackoba ze Zmierzchu. haha wiem za stara jestem na takie bajki- ale nic na to nie poradze. :) Około 10 opróżniłyśmy z Sari butelkę. ( mamo nie czytaj tego!) No a że godzina wczesna to poszłam kupić drugą. Humory dopisywały wszystkim- żeby nie było nie nawaliłam się w trupa- tylko byłam jak to mówił Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju 'lekko rozmiękczona' ;) Nauczyłam J mówić 'na zdrowie' i potem cały czas chodził i mówił na zdrowie. Nawet nie wiem kiedy a było już koło 1 i zamykali bar.  Trzeba było się przenieść gdzie indziej. Ja już straciłam ostatni autobus do domu także albo cab albo autobus koło 5. Autobus;) Poszliśmy do klubu obok. Ale długo tam nie zostaliśmy bo muzyka do kitu. Mówię do nich zróbmy coś ekstra szalonego. Haha no to dawaj i tańczymy z J na środku drogi. Szaleństwo. Potem szybka decyzja, uderzamy do Granta do domu na afterparty;) Szliśmy całą drogą i trzymaliśmy się wszyscy za ręce, zachaczyliśmy o Mc i potem taxi.  Muzyka na full i jazda. Wspólczuję sąsiadom. I tak balowaliśmy do 4, wróciliśmy na High Street i potem na przystanek. I tam poznałyśmy Adomasa, chłopaka z Litwy. Przyjechał aż z Hendon, żeby poznać jakieś dziewczyny w klubie, ale jak  to on powiedział, lepiej żeby brytyjki wyglądały niż się odzywały. Haha w sumie racja. Raz w toalecie jedna dziewczyna z 3 kg tapety na twarzy pytała się jak lepiej wygląda z włosami na jeden bok czy na 2 i wyciągneła z torebki prostownice bo jej się grzywka pofalowała;) Ok, ale mniejsza o to Sari została ze mną i tak sb gadałyśmy z tym chłopakiem. W autobusie się zgadaliśmy i wymieniliśmy się nr telefonu. No tyle po 5 byłam w domu a około 10 już byłam na nogach bo śpieszyłam się na spotkanie z Polish Aupairs ;) Pozdrawiam dziewczyny jak to czytacie;) Potem babysitting i spać. W niedziele wybrałam się z Mają do Strafford poszlajać się po centrum handlowym. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałam większe.

We wtorek come back na kurs angieskiego. Środa to samo. Nie planowałam nic specjalnego na piątek bo mi się nic nie chciało ale napisałam na forum dla au pair in Bushey czy ktoś by się nie spotkał. No i zgadałyśmy się na spotkanie w pubie. Trochę nudno było. Nie wiem, ale ja nie lubię siedzieć w barze kiedy nic ciekawego nie dzieje się w około. No chyba że jestem z Sari bo z nią nie da się nudzić;)  Wróciłam do domu jeszcze po drodze jakiś idiota wystawił łeb z samochodu i darł ryja. Zastanawiający był fakt po jakiego grzyba miał okulary w środku nocy. No ale, ok ja się wystrachałam z deka, i noga na czyjeś podwórko. Hah zawsze działa. A dziś pogoda była wprost fenomenalna. Słońce cały dzień. Wybrałam się z Mają do Watford. Kupiłyśmy sobie lunch i siedziałyśmy przez pół dnia przy jeziorku na ławce. W następną sobotę wybieramy się z Mają na Boat Party na Tamizie. Hah będzie hardcore już to czuje. O tyle o ile kupie sobie jutro jakieś buty. 


Mam nadzieję że pogoda jutro również dopisze;) Buźka



piątek, 12 kwietnia 2013

weekend

Hejo, ostatni weekend zaliczam do naprawdę udanych;) Jakoś w czwartek napisała do mnie Anett i zaproponowała spotkanie w piątek. Zgodziłam się. No i poszłam, był również A i M. Poszliśmy jak zwykle do Yates (już za przeproszeniem rzygam tym miejscem), nic tam nie ma ciekawego. Posiedzieliśmy chwile i zdecydowaliśmy, że idziemy do Rehab. Udało mi się złapać gościa z darmowymi wejściówkami. Ok super, weszliśmy do środka. Pełno wiary. Myślę sb ok, bd zabawa. No i rzeczywiście bawiliśmy się świetnie do czasu. An poszła na fajkę. My wszyscy zostaliśmy w środku. Mija 20 minut, jej ciągle nie ma. Wyszłam na zewnątrz zobaczyć, może się z kimś zagadała. Ale nie było jej nigdzie. Wróciłam do reszty i mówię, że An zniknęła. Zaczęłam do niej dzwonić jak opętana. Poszłam sprawdzić jeszcze do toalety, ale nic. Mówiąc szczerze to martwiłam się o nią. Bo była z deka wstawiona. Wyszliśmy wszyscy, najpierw sprawdziliśmy Mc potem Yates i nic. Dzwoniłam i pisałam do niej przez cały czas. Ale bez jakiegokolwiek odzewu. Po prostu zapadła się pod ziemie. Po jakimś czasie dałam sb spokój bo przeszło mi przez myśl, że najprawdopodobniej pojechała do domu. Już raz tak było, w moje urodziny kiedy bez żadnej wiadomości zostawiła mnie w centrum i pojechała do domu. Odwieźliśmy z A M do domu, i potem on podrzucił mnie do domu. Byłam cholernie wkurzona na nią, i kiedy byliśmy niedaleko domu, szanowna pani wysłąła do niego wiadomość na fejsie, że po fajce poszła coś zjeść i i jakoś tak wróciła do domu. Pfff. Seriously? Bez głupiej wiadomośći, nawet telefonu nie mogla odebrać. Nie pamiętam kiedy byłam tak bardzo zła na kogoś jak wtedy na nią. Napisała mi potem wiadomość że nie wie jak to się stało, ale nawet nie odpisałam. W nosie mam. Nie chcę mi się więcej w to bawić. Co to za zabawa, kiedy ona w każdej chwili może sobie bez słowa gdzieś pójść ot tak. Thank you so much! 
W sobotę wybrałam się na mały shopping na Oxford Street z Mj&Ma. Pogoda była przegenialna. Słonko świeciło i było bardzo cieplutko. Upolowałam kilka naprawdę świetnych rzeczy  na przecenie $)
















Niestety musiałam się zbierać do domu koło 17 bo miałam babysitting.

W niedzielę wybrałam się z Mj do Camden Town. Uwielbiam to miejsce. Jest takie jakieś wyjątkowe. Ludzie są tu inni. Każdy wygląda inaczej i jest orginalny na swój sposób. Nikt nie przejmuje się tym co pomyślą sb o nim inni ludzie i to czyni to miejsce unikatowym i specjalnym. Przynajmniej dla mnie. Zrobiłyśmy sobie z Mają tatuaże henną. Miało się trzymać 2 tygodnie, a moja jaszczurka jest ledwo co widoczna. No trudno;/  Wybrałyśmy się również na spacer po Regent Park a na koniec wróciłyśmy do Camden na wcześniej planowane polskie grillowane kiełbaski. Ahhh. Niebo w gębie. Potem niestety Mj musiała wracać do domu a ja szłam na koncert kabaretu Neo-Nówka;) Masakra. Uśmiałam się niesamowicie chłopaki na scenie wymiatają. Zobaczyłam moje ulubione skecze, była Wańdzia- mój GURU ;), nie zabrakło bisu czyli Bogu i Lucek oraz szaloni Polacy. Oraz piosenka Romana Żurka o miłości. Zespół koncertujący z kabaretem nosi nazwę Żarówki i chłopaki grają świetnie. Oprawa muzyczna pierwsza klasa. Mój ulubieniec- ciachowaty z akordeonem. Na koniec była jedna wielka rozpierducha na scenie. Wszystko latało, krzesła, dekoracje, ubrania prawie akordeon i gitara. Oraz operatorom z wrażenia spadła kamera. Haha. Dodam, że cały spektakl był nagrywany i zostanie wydany na DVD.Niestety nie mogłam zostać po koncercie, żeby dostać autografy od chłopaków bo kolejka była długa a ja miałam również dłuugą drogę przed sobą do domu. Ale chłopaki obiecali, że jeszcze do nas wrócą;)



















Neo-Nowka







tatoo- faza 1



faza końcowa ;)

ENJOY !

piątek, 5 kwietnia 2013

x Poland x

Po prostu nie wierzę! Patrzę i nie wierzę! Dopiero co pakowałam walizkę do domu na święta a dziś już mija 2 dzień jak wróciłam do Londynu. Coś jest nie tak z tym czasem. Czy tylko mi on za szybko płynie? Ale dzięki temu doszłam do kilku wniosków. A mianowicie żeby nie patrzeć w przeszłość. Życie jest zbyt krótkie żeby patrzeć wstecz! W czasie gdy przejmujemy się tym co było i na co nie mamy już wpływu, życie ucieka nam bezpowrotnie. Każda minuta, każda chwila jest wyjątkowa- już nigdy więcej nie powróci.

 So ENJOY EVERY MINUTE OF YOUR LIFE !


W domu byłam tylko tydzień. A zleciało jak 2 dni. Spotkałam wszystkich mi bliskich ludzi. Na tyle na ile czas i niestety pogoda mi pozwoliła. A pogoda była okropna! Śnieg, śnieg i dla odmiany śnieg! Jak zwykle miałam 'stresa' na lotnisku. Bo coś się poknociło przy check-in online i komputer zmienił mi datę ważności dowodu osobistego i nie dało się tego już zmienić. Lotnisko Luton jest stosunkowo blisko Bushey to moja HM podrzuciła mnie tam. Odprawa trwała cholernie długo i kolejka wcale się nie zmniejszała. No ale w końcu nadeszła moja kolej i wbrew moim obawom nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na tą drobną nieprawidłowość. Po przejściu przez bramkę, okazało się że mój lot opóźniony był o 25 minut. No to pieknie, ale zawsze mogło być gorzej. Nie załapałam się na miejsce przy oknie, nie wiem ale tak czuję się bezpieczniej- nie mam zielonego pojęcia czemu. I spać też się nie dało bo siedziałam po środku, także przewegetowałam te 2 godziny lotu. Co do walizki do od początku miałam złe przeczucia. Straciłam plastikowy górny uchwyt. Ważne, że ciągle była w jednej części. I potem ziuu z Katowic do domu. W sumie miałam takie odczucia jakby mnie tydzień nie było, a nie 3 miesiące. I bardzo przyjemnie spędziłam te święta z rodziną. Spotkałam również moje 'pały' ;* I co świętą, święta i po świętach. We wtorek rano pojechałam do Pińczowa i z tamtąd o 1 w nocy do Katowic na samolot. Tym razem niech zero stresu, myślałam niech się dzieję co chce ja chce spać. Ustawiłam się blisko wyjścia, dzięki czemu mogłam siedzieć przy oknie. I zaraz po starcie który nastąpił po około 30 minutach opóźnienia w związku z pogodą i odmrażaniem samolotu, zasnęłam z głową w oknie. I obudziłam się tuż przed lądowaniem. Zaraz po lądowaniu otrzymałam sms-a od Willa- taksówkarza że bd na mnie czekał w czarnym Volvo na parkingu. Mówię no Edward jak nic;) Nie no zbijam się, bardzo miły facet z bardzo brytyjskim akcentem, musiałam się dobrze wsłuchać żeby zrozumieć co do mnie mówi. No ale dojechałam do domu, wtoczyłam się z walizką do siebie. Zadzwoniłam do domu, żeby zameldować się że szczęśliwie dojechałam do domu. Musiałam zrobić sobie kawę o ledwo co na oczy widziałam, a niestety o 10 musiałam iść do małego. Bo Hostka pomyliła terminy i tego dnia miała koncert. Na szczęście mały zasnął około 12 i wstał po 4. Zmiana strefy czasowej. Padł jak mucha. Ale zanim to widziałam się z hostem, dawno nie widziałam go takiego uhahanego. W sumie nie dziwię mu się tydzień w Maiami na Florydzie. Kto by się nie cieszył. Rzucił mi na dzień dobry głośnie 'No co tam Karla' :) Haha. Prze gościu. HM poszła spać bo w samolocie nie spała w ogóle czyli była ponad 24 h na nogach z Zakiem- nie lada wyzwanie. Potem mały zasnął znowu o 8, ja miałam luzy, ale spać mi się odechciało. Hości wrócili po północy ja szybko pod prysznic i momentalnie zasnęłam. Obudziłam się jak nowo narodzona około godziny 11. Poleniuchowałam trochę na łóżku, rozpakowałam się i około 3 przyszłam do małego. HM miała kolejny- ostatni do 19 kwietnia koncert. A no i zapomniałabym dostałam od HM bluzę z Maiami. Very sweet.





























xxx