Po prostu nie wierzę! Patrzę i nie wierzę! Dopiero co pakowałam walizkę do domu na święta a dziś już mija 2 dzień jak wróciłam do Londynu. Coś jest nie tak z tym czasem. Czy tylko mi on za szybko płynie? Ale dzięki temu doszłam do kilku wniosków. A mianowicie żeby nie patrzeć w przeszłość. Życie jest zbyt krótkie żeby patrzeć wstecz! W czasie gdy przejmujemy się tym co było i na co nie mamy już wpływu, życie ucieka nam bezpowrotnie. Każda minuta, każda chwila jest wyjątkowa- już nigdy więcej nie powróci.
So ENJOY EVERY MINUTE OF YOUR LIFE !
W domu byłam tylko tydzień. A zleciało jak 2 dni. Spotkałam wszystkich mi bliskich ludzi. Na tyle na ile czas i niestety pogoda mi pozwoliła. A pogoda była okropna! Śnieg, śnieg i dla odmiany śnieg! Jak zwykle miałam 'stresa' na lotnisku. Bo coś się poknociło przy check-in online i komputer zmienił mi datę ważności dowodu osobistego i nie dało się tego już zmienić. Lotnisko Luton jest stosunkowo blisko Bushey to moja HM podrzuciła mnie tam. Odprawa trwała cholernie długo i kolejka wcale się nie zmniejszała. No ale w końcu nadeszła moja kolej i wbrew moim obawom nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na tą drobną nieprawidłowość. Po przejściu przez bramkę, okazało się że mój lot opóźniony był o 25 minut. No to pieknie, ale zawsze mogło być gorzej. Nie załapałam się na miejsce przy oknie, nie wiem ale tak czuję się bezpieczniej- nie mam zielonego pojęcia czemu. I spać też się nie dało bo siedziałam po środku, także przewegetowałam te 2 godziny lotu. Co do walizki do od początku miałam złe przeczucia. Straciłam plastikowy górny uchwyt. Ważne, że ciągle była w jednej części. I potem ziuu z Katowic do domu. W sumie miałam takie odczucia jakby mnie tydzień nie było, a nie 3 miesiące. I bardzo przyjemnie spędziłam te święta z rodziną. Spotkałam również moje 'pały' ;* I co świętą, święta i po świętach. We wtorek rano pojechałam do Pińczowa i z tamtąd o 1 w nocy do Katowic na samolot. Tym razem niech zero stresu, myślałam niech się dzieję co chce ja chce spać. Ustawiłam się blisko wyjścia, dzięki czemu mogłam siedzieć przy oknie. I zaraz po starcie który nastąpił po około 30 minutach opóźnienia w związku z pogodą i odmrażaniem samolotu, zasnęłam z głową w oknie. I obudziłam się tuż przed lądowaniem. Zaraz po lądowaniu otrzymałam sms-a od Willa- taksówkarza że bd na mnie czekał w czarnym Volvo na parkingu. Mówię no Edward jak nic;) Nie no zbijam się, bardzo miły facet z bardzo brytyjskim akcentem, musiałam się dobrze wsłuchać żeby zrozumieć co do mnie mówi. No ale dojechałam do domu, wtoczyłam się z walizką do siebie. Zadzwoniłam do domu, żeby zameldować się że szczęśliwie dojechałam do domu. Musiałam zrobić sobie kawę o ledwo co na oczy widziałam, a niestety o 10 musiałam iść do małego. Bo Hostka pomyliła terminy i tego dnia miała koncert. Na szczęście mały zasnął około 12 i wstał po 4. Zmiana strefy czasowej. Padł jak mucha. Ale zanim to widziałam się z hostem, dawno nie widziałam go takiego uhahanego. W sumie nie dziwię mu się tydzień w Maiami na Florydzie. Kto by się nie cieszył. Rzucił mi na dzień dobry głośnie 'No co tam Karla' :) Haha. Prze gościu. HM poszła spać bo w samolocie nie spała w ogóle czyli była ponad 24 h na nogach z Zakiem- nie lada wyzwanie. Potem mały zasnął znowu o 8, ja miałam luzy, ale spać mi się odechciało. Hości wrócili po północy ja szybko pod prysznic i momentalnie zasnęłam. Obudziłam się jak nowo narodzona około godziny 11. Poleniuchowałam trochę na łóżku, rozpakowałam się i około 3 przyszłam do małego. HM miała kolejny- ostatni do 19 kwietnia koncert. A no i zapomniałabym dostałam od HM bluzę z Maiami. Very sweet.
xxx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz