Hejka ;)
Ostatni tydzień minął mi jak zwykle bardzo dobrze. Zakupiłam książkę, 'Zmierzch' oczywiście w anglojęzycznej wersjii. Bo po polsku wszystkie części pochłonęłam jednym tchem bodajże w ciągu tygodnia. Ale wydaje mi się, że o wiele lepiej czy ta się ją po angielsku. Pogoda była świetna w granicach 20-23 stopni. Ale od czwartku zaczęło się psuć i tak już zostało w granicach 13.
A no w sobotę byłam na boat party z Mają. Najpierw rano skoczyłam do Watford bo potrzebowałam kilku pierdół a mianowicie chodziło mi o lokówkę i udało się dorwałam bardzo dobra lokówkę 19-32mm w bardzo dobrej cenie. Uwielbiam Argos. Wchodzisz, przeglądasz katalog, zapisujesz kod, płacisz w kasie, siadasz relaksujesz się przez chwilkę i potem wzywają twój numerek i już. Kij tam, że poparzyłam sobie łapy jak się kręciłam ale dałam radę. A no i zabrałam Maję z Watford do 'siebie', żebyśmy się mogły razem przygotować na impre. I tylko dzięki temu, że nie musiałam sama jechać do Londynu nałożyłam sukienkę, przed którą broniłam się jak tylko mogłam rękami i nogami. A co najśmieszniejsze hości byli ciągle w domu. I ja starałam się wyjść stamtąd niezauważona. No ale nie udało się ja byłam już na drodze do bramy, ale HM zauważyła Maję i wyszła do ogrodu. A ja nie lubię czegoś takiego. Zawsze jak gdzieś idę, to się wymykam najciszej jak tylko mogę i do tego bokiem. No ale nic, HM zrobiła nam zdjęcia, co oczywiście było jej pomysłem i poszłyśmy z Mają na autobus potem metro i łódź. W środku super, parkiet tylko trochę rzucało mną jak skręcaliśmy i trzeba się było trzymać barierki albo sufitu. No ale co kto woli. Matko tylko muzyka dno i wodorosty po 15 minutach house, trance czy cokolwiek by to nie było głowę miałam ogromną. Nie ogarniam tej muzyki. Jedna piosenka trwa około 4-5 minut i nic tam się nie dzieje ciągle ta sama linia melodyczna, zero jakiegokolwiek śpiewania. Tylko buc-buc-buc. Tragedia jak dla mnie. Ale z czasem dało się chociaż odrobinę przyzwyczaić i trochę sobie potańczyć. Oczywiście zrobiłyśmy z Mają Titanica na dziobie statku. Mimo,że piździło jak nie wiem. Popłyneliśmy aż, za Greenwich. Bazgrałyśmy sb z Mają po szybie coś w stylu Poland albo Slovakia i po chwili podchodzi do mnie chłopak i pyta czy ja to napisałam w sensie, że Polska. Ja mówię, że tak a on mi wyciąga dowód i pokazuję co prawda brytyjski ale nazwisko polskie. Krawczyk. Jego tata jest polakiem ale Matt, nie potrafi mówić po polsku. Hmm a szkoda. Potem jeszcze gadaliśmy przez chwilę. Potem jakoś tak wyszło, że wbiłyśmy się w grupę ludzi, gdzie ktoś miał urodziny. I tak już bawiliśmy się do końca razem, aż sama się dziwię, ze pamiętam imiona Sam, Sonny i Tom. Co prawda tylko męskie, ale po co mi imiona dziewczyn ;) Ogólnie było super, i nawet wytrzymałam w butach cały wieczór. Impreza zaczęła się około 6 a skończyła przed 12. Także udało mi się złapać ostatni pociąg do domu i potem autobus. Ale nie obyło by się bez atrakcji, przy bramkach na metro. Stała dziewczyna i płakała i coś mnie drgnęło i pytam się co się stało a ona, że nic. Że to przez jej chłopaka. I jak się potem okazało chłopak ma na imię Paweł. Czyli welcome Poland ;) Nie wiem jak to się tam skończyło ale Paweł się wrócił i zaczął rzucać wszystkim co miał w ręku mam na myśli kurtkę telefon i portfel. Ale nie miałam czasu się tym interesować bo mogłam stracić pociąg do domu. Wiem tyle, że strażnik musiał interweniować. No niestety. W domu byłam koło 2 i od razu zasnęłam. Oczywiście najpierw starłam tapetę z twarzy. A w niedzielę leniłam się do 1, potem połaziłam z Mają po Hyde Parku, ale było zimno jak cholera. A około 5 spotkałam się z Moniką w pubie i potem wróciłam padnięta do domu. A w poniedziałek pogoda dała o sobie znać i nie obyło się bez gorączki i bólu głowy ale wzięłam jakieś prochy i dziś jest już dobrze. Ten weekend mam pracujący cały, plus babysitting bo Hm ma koncerty. Ale w sumie to i lepiej zaoszczędzę kasę, bo chciałabym sobie kupić w końcu jakiś normalny telefon.
No i w sumie to by był na tyle.
XXX
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz