wtorek, 14 stycznia 2014

Update 2014

Witajcie w 2014! Wiem, że już prawie połowa stycznia ale pisanie postów w ostatnim czasie nie było moim priorytetem. Ani ochoty nie miałam ani pomysłu co napisać. I tym samym złamałam jedno z moich noworocznych postanowień. A mianowicie częstsze i badziej regularne dodawanie postów. Ale mam nadzieję, ze teraz jakoś to pójdzie bo bd miała bardziej uregulowany tryb dnia, bo ostatnio to działało w cztery światy ale po kolei. 

Po pierwsze najważniejsze MAM BILET na MARSÓW ! Rybnik 22.06.2014 GOLDEN CIRCLE ! Już odliczam dni, hostka jeszcze nic nie wie, ale nie mam pewności, że pozostanę z tą rodzinką do tego czasu. Zobaczymy.
Święta w domu minęły mi bardzo szybko, jak zawsze zresztą. Chaos na lotnisku do Polski, nie wiadomo nic było co gdzie i jak. Multum ludzi, kolejka zaczynała się przy samym wejściu na hale odlotów. Super nie? Byłam jako ostatnia na pokładzie samolotu. Jeszcze chwila, a wołali by mnie po nazwisku albo po prostu pocałowałabym bramke. No ale udało się, szczęśliwie wylądowałam w Katowicach, mimo że latałam już kilka razy to nadal się boję. Brrr! Staram się zawsze spać ale nie zawsze się da. No ale. Czas leciał ja szalony zanim się zorientowałam był już 27 i trzeba było wracać. Ale muszę przyznać, że to był najtrudniejszy powrót do Londynu. Wróciłam w piątek, miałam babysitting. W sobotę wolne, ale  ze względu na brak jakiejkolwiek ochoty do życia cały dzień spędziłam w pokoju, oglądając łzawe filmy, jedząc czekoladę i rozmyślając co dalej. Szczerze mówiąc bardzo poważnie analizowałam powrót do domu. Plus mały zachowywał się dosyć dziwnie co ja niestety odbierałam bardzo emocjonalnie i było jak było. Ale po przeanalizowaniu za i przeciw doszłam do wniosku, że nie ma co i że zostaję ale muszę coś w swoim życiu zmienić. W niedziele w ramach przywitania mnie hostka zabrała nas na show do teatru na Kopciuszka. Świetna zabawa, jednym z wystepujących była gwiazda serialu Eastenders, którego potem odwiedziliśmy w garderobie- bo to znajomy hostki. Fajny facet i jak na swoje lata dobrze się trzyma. I potem już było lepiej, bo nowy tydzień powrót do obowiązków. Miałam niby pracować w sylwestra ale okazało się że nie muszę. Na moje nieszczęście wybrałam się z L i B na pokaz sztucznych ogni w centrum. Nigdy więcej, masa ludzi jak na pielgrzymce do Częstochowy tylko ci bardziej nie okrzesani plus między nimi matki z dziećmi w wózkach. Po prostu masakra, rozumiem że to Sylwester ale to chyba nie zbyt odpowiednie miejsce dla niemowląt i dzieci w wieku 3-4 lat. Masakra, dobrze że kupiłam szampana bo na zupełnie trzeźwo chyba bym tego nie ogarnęła. Byliśmy przy tamizie, póltora godziny czekania i 15 minut fajerwerków których i tak mało co było widać. Wszyscy z telefonami  w reku akurat to była ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę. A powrót do domu tragedia, metra zablokowane totalnie, stacje pozamykane, Londyn wyglądał jak po wybuchu bomby. W domu byłam o 5, nie pytajcie jak mi się udało wrócić do domu. Także sywester w centrum nie polecam. Dzicz i swołocz! Okazało się że musiałam pracować w Nowy Rok bo hostak musiała siostrę na lotnisko odwieźć. Także rano miałam ochotę strzelić sobie w łeb. Zajebisty początek roku, nie ma co.  Na szczęście udało mi się zamienić babysiting z soboty na piątek i mogłąm się wyszaleć w klubie z Sari bo w końcu wróciła do Londynu. Byłyśmy w Roxy w Soho. Super miejsce i świetna muzyka. Do domu wróciłam o 7 chyba, i po południu przyszła do mnie L i oglądayśmy jakąś durną komedie bo nie miałam ani energii ani ochoty na nic innego. W poniedziałek poejchaliśmy z Z na Willow Farm i L z jej chłopkami. Świetne miejsce, można karmić zwierzęta i wiele innych atrakcji dla całych rodzin. Hostka zmieniła małemu szkołe. Teraz chodzi do Edgware, jest tam dłużej i to jest żydowska szkoła więc mały uczy się świąt i języka. Trochę więcej kłopotu dla mnie bo dalej i będe zabierać małego częsciej, bo codziennie, bo niedługo pojawi się nowy członek mojej host rodzinki i hostka nie bd w stanie zabierać do szkoły małego. Ale w sumie to ok, tylko musze znaleźć sobie jakieś zajęcie w międzyczasie kiedy mały jest w szkole. Bo nie muszę być w tym czasie w domu. Przynajmniej na razie. Także, skończyło się spanie do 11, niestety. No ale ;) Nie ma co się z tego powodu dołować. W sumie dzięki temu teraz tutaj piszę, bo siedzę w nero i trochę mi to pisanie nie idzie bo barista mnie rozprasza ;) Bedę tu częściej na pewno. W ostatni piątek wyskoczyłam z S do Roxy znowu. Trzeba się wyszaleć, za niedługo kończe 21 lat. Matko! Czas zapieprza jak szalony. Wróciłam do Collegu, zapisałam się na kolejny kurs. Dziś pierwsza lekcja i nowi uczniowie. Liczę na jakiś ludzi w moim wieku, bo V wróciła do domu i ja jestem jako jedyna najmłodsza, jak zwykle zresztą.
W niedzielę widziałam się z S w Watford,  i jakoś tak się zgadałyśmy o włosach i powiedziałam jej że zawsze chciałam się ufarbowac na rudo, ale nie miałam nigdy odwagi to mnie zaciągnęła do Bootsa i od niedzieli jestem ruda, nie wiem na jak długo ale zobaczymy ;) 
Oglądam ostatnio dużo filmów, między innymi obejrzałam dosyć często zachwalany przez dziewczyny na różnych portalach 3 Metry nad niebem. I muszę powiedzieć, że nie jest taki najgorszy i zakończenie co mnie zdziwiło, bez happy endu. Ale z tego co się zorientowałam to jest 2 i powstaje 3 część także zobaczymy. Widziałam też dokument o One Direction; This is us. Fajny nawet szalone chłopaki robią to co lubią, nie jestem może jakąś wielką fanką ani tym bardziej directioner ale cenię chłopaków za to co robią i jacy są bardziej niż pana Bimbera który zachowuję się jak rozkapryszony dzieciak ze zbyt wysokim ego. No ale :)

Tym razem znowu bez zdjęć, ale zapraszam na insta Instagram :)

A i najważniejsze, w niedziele w nocy było rozdanie Złotych Globów i zgadnijcie kto był jednym z laureatów! Jared Leto za film Dallas Buyers Club w kategorii najlepszy artysta drugoplanowy. Czekałam do 3 na ogłoszenie. Wiedziałam że wygra. Film w kinach w UK od 7 lutego. Będe napewno. :)


Zostawiam was z Jamesem <3
Miłego dnia :)