poniedziałek, 14 października 2013

Home and everything else !

Witam, chyba nie miałam jeszcze aż tak długiej przerwy w pisaniu tutaj. W moim 'dziwnie pokręconym' życiu w ciągu ostatniego czasu wydarzyło się stosunkowo wiele. Także nawet nie wiem od czego powinnam zacząć. Ciągle czegoś szukam, sama nie wiem czego, ale czuję jakąś taką pustkę i zastanawiam się czego ona jest powodem, no ale żadne sensowne wytłumaczenie nie przychodzi mi do głowy. Obecna pogoda w Londynie, nie zachęca zbytnio do niczego szczerze mówiąc. Chciałoby się po prostu zostać w łóżku i nie robić kompletnie nic. No ale od początku.

Według mojego przedostatniego posta powinnam teraz pisać z Polski, no ale wszystko się potoczyło w zupełnie inny sposób. Jakoś 2-3 dni po wspomnianym poście przebookowałyśmy bilet z hostką na 18 września, i powrót 2 września. Oczywiście nie poinformowałam mamy o tym dosyć istotnym fakcie, no ale było warto widząc reakcje mojej kompletnie zdezorientowanej mamy kiedy zobaczyła mnie wychodzącą z mojego pokoju. Bezcenne ! No ale od początku. Lot miałam o 8 rano z Luton, host na szczęście zabrał mnie na lotnisko, dzięki czemu  udało mi się zaoszczędzić kasę na taksówkę. Na lotnisku, jak zwykle bez jakiego kolwiek incydentu z moim udziałem się nie obejdzie. Przy przejściu do bramek, nie chciało czytać mojego biletu, oczywiście. Musiałam biegiem lecieć na odprawę i prosić o wydrukowanie biletu. Na szczęście pracownik lotniska pomógł mi i nie musiałam stać w kolejce po raz kolejny. Potem biegiem na bramki, uff udało się. Powkładałam moje rzeczy do koszyczka, przeszłam przez bramki i o dziwo nic nie pikało. Ale potem, koszyk z moimi rzeczami pojechał innym torem, okazało się że na moim laptopie znajaduje się jakaś niezidentyfikowana substancja, domyślam się że to był puder. Bo w mojej torebce, nic nie ma swojego miejsca. No ale przeszłam. Nie było czasu żeby usiąść, więc od razu do wyjścia. Ostatnia w kolejce byłam, i niestety musiałam siedzieć po środku, co nie jest moim ulubionym miejscem, bo ni jak nie da się spać w takiej pozycji, bo mam stracha że mogę położyć się na czyimś ramieniu. No ale przetrwałam. O 11;10 wylądowaliśmy w na lotnisku we Wrocławiu. Odebrało mnie 2 moich kuzynów, i pojechaliśmy do Legnicy. Cieszę się, udało mi się odwiedzić rodzinę, nie widziałam ich dość długi okres czasu, więc było miło spędzić z nimi te 2 dni. W piątek rano wsiadłam w pociąg do Wro, a potem nasze kochane PKP do Kielc. 6 h w pociągu, w przedziale w którym wiało nudą na kilometr. Spać też nie można było za bardzo, bo co chwila sprawdzano bilety. W Kielcach na dworcu byłam, o 5 o ile dobrze pamiętam. odebrał mnie mój brat z kolegą i jego dziewczyną. Poszliśmy na Pizze a potem do Galerii Echo na chwilę, w domu byłam około 8 chyba. Siostra przetrzymała mamę chwilę w łazience, żebym ja mogła spokojnie przejść do pokoju. I potem jak gdyby nigdy nic wyjść z pokoju i powiedzieć do niczego niespodziewającej się mamy 'Cześć'. Best feeling EVER! Wiedziała tylko moja siostra i brat. Szkoda, że nie nagrałam jej reakcji ;) Heh, następnym razem ;) Ogólnie czas zleciał mi w domu niesamowicie szybko, jak zwykle z resztą. Widziałam się z moimi przyjaciółmi. Upewniłam się co do pewnych osób, i teraz wiem na czym stoję. Miło było zobaczyć te wszystkie studenckie pyszczki i posłuchać co u nich słychać. Wydaje mi się, że dzięki temu wyjazdowi wzmocniły się moje relacje z rodzeństwem. Tak bynajmniej czuję. Rodzina zawsze była, jest i będzie dla mnie najważniejsza ale teraz czuję to bardziej. Jednak po spędzonym dość długim czasie w domu, w Polsce tylko upewniłam się, że tu jest moje miejsce nie tam. Od kąd tu jestem, muszę coś robić. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu. A mojej miejscowości nie ma gdzie się ruszyć. Przyzwyczaiłam się do mojej nie zależności tutaj. Nie wiem, dokładnie co chce robić w życiu, ale jednego jestem pewna. Nie planuję powrotu do Polski. O nie! Ale przyznam szczerze, że było troszkę trudno wracać tutaj. Przyzwyczaiłam się zpowrotem do domu i do bycia w nim. No, ale... Tu jest moje miejsce teraz! Lot miałam 2 października z Wrocławia. Tym razem pojechałam do kuzyna który mieszkał pod Wrocławiem, w poniedziałek pojechałam do Kielc do brata i jego dziewczyny, i rano we wtorek na pociąg do Wro. Aż mnie skręcało, że muszę siedzieć kolejne 6 h w pociągu. Ale tym razem było lepiej miałam przemiłych ludzi w w przedziale, tak miło nam się rozmawaiało że nawet nie wiem kiedy dojechaliśmy na miejsce. Lot miałam o 6 rano, w domu byłam po 9 tutejszego czasu, bo korki na drogach nie samowite i uderzyłam prosto do łóżka bo niestety o 11:30 musiałam wyjść po małe do przedszkola. Ale reakcja, Zaca kiedy zobaczył mnie w przedszkolu- bezcenna. Az mi łzy w oczach staneły. Przybiegł do mnie i się przytulil i patrzył na mnie jakby nie był pewny, ze to ja. I przez jakieś 15 minut w ogóle się nie odzywał. Nie wyobrażam sobie, jak będę musiała ich zostawić. Wiem, że ten moment nadejdzie ale jeszcze nie zadecydowałam kiedy to będzie. Wypadło tak, że cały weeknd pracowałam, bo hości polecieli na ślub do Irlandii i wrócili w niedzielę. Ale dzięki temu, spłaciłam w końcu bilet i miałam nadwyżkę kasy. tydzień minął mi w sumie okay. Zaczęłam kolejny kurs ale nie jestem pewna jak długo, będę w stanie tam wytrzymać. Sposób w jaki nauczycielka prowadzi lekcję, sprawia że chce mi się spać i przez połowę lekcji nie wiem o co chodzi bo ludzie kłócą się o jakieś dziwne niestworzone rzezcy, które w danym momencie nie mają jakiekolwiek znaczenia. przetrwałam 2 dni, ale zastanawiam sie poważnie nad zmianą kursu. Dobrze, że jest ze mną Veroniką, bo chyba bym tam nie wytrzymała. W piątek wieczorem spotkałam, się z Sarii i Duncanem w Londynie. Zrobiliśmy małą rundkę po okolicznych barach, i trafiliśmy do Jazz bar-u. Nigdy nie powiedziałabym, że będę się tak dobrze bawić przy tego rodzaju muzycę. Potem, poszliśmy do jakiegoś klubu i około 3 poszliśmy do Duncana. Spac poszlismy około 5 o ile dobrze pamiętam. Następnego dnia nie robiliśmy nic, siedzieliśmy w domu, około 7 byłam w domu no bo babysitting oczywiście. W autobusie spotkałam kolegę, który pracuje u hosta w restauracji, poznałam go jakis rok temu jak host wprosił mnie na urodziny szefa kuchni, polaka oczywiście i tak jakoś się zakumplowaliśmy. W niedzielę wybrałam się z Lucy na drobne zakupy do Watford, pogoda jak pod psem Burkiem. Potem wróciłyśmy do mnie oglądałyśmy jakiś film na Dvd. I tak około 8 Lucy wróciła do domu, ja ogarnęłam pokój porozmawiałam chwile z mamą na Skypie i poszłam spać.

I teraz siedzę w Caffe Nero i piszę tego posta. Zaprowadziłam małego do przedszkola, i teraz czekam do 12 żeby go odebrać. A no i ścięłam włosy i ufarbowałam się na mahoniowy brąz. A co jak szaleć to szaleć. Nie dawno zrobiłam selekcje zdjęć z Polski i okazało się, że na większości zdjęć jest kot, którego imienia do tej pory nie znam a reszta zdjęć to albo jakieś dziwne ujęcia albo twarz mojej 5 letniej siostry, tak zwana sweet focia z rąsi. Haha. Dziś bez zdjęć, może potem dodam jakieś jak dotrwam do wieczora. Zapraszam na mój Instagram KLIK ;)

Miłego dnia i do następnego razu ! 

Xoxoxo




1 komentarz:

  1. Nawet nie muszę wchodzić, a wiem, że post będzie długi. :) Niespodzianka zrobiona rodzinie super! Chyba każda au pair choć jeden raz taką zrobi / zrobiła. I obyśmy miały okazję spotkać się w Londynie jeszcze przed Twoim wyjazdem ! :)
    www.pocztowki-z-uk.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń