A więc dokonało się! Wczoraj byłam na Marsie totalnie ! Jeszcze dziś jestem tym podekscytowana, jakbym pisała posta wczoraj po koncercie to wyglądał by tak : kdcdvcshlcjfhforkorjugfyujdbxsnx sioucovdbc kdoibfb, mniej więcej. Dlatego czekałam aż emocje trochę opadną. Zacznę od początku. Od sierpnia, czyli od dnia kiedy kupiłam bilet żyłam tylko tym koncertem. Tylko Mars i Mars. Ale spokojnie, bez żadnych paranoi. I tak czekałam od poniedziałku do poniedziałku. I w końcu ostatni tydzień na szczęście minął bardzo szybko, ale to też dlatego, że byłam bardzo zajęta bo chyba bym się nie doczekała. I tak nadeszła sobota 23 Listopada 2013 roku. Nie wspominając o tym, że nie mogłam w piątek zasnąć bo już mnie nosiło, ale jak się w końcu udało to spałam do 11, wcisnęłam w siebie tylko śniadanie i przez resztę dnia nie mogłam nic przełknąć. I tak z Moniką umówiłyśmy się na stacji North Greenwich o 5, byłam lekko przed to połaziłam, pooglądałam Arenę z daleka. I w końcu jest i Monika. I ruszamy w kierunku wejścia do o2. Mimo, że było zimno jak diabli nie odczuwało się tego tak bardzo bo nie było czasu przejmować się temperaturą. Arena przeogromna, nigdy nie miałam okazji wcześniej się tam wybrać wiec nie wiedziałyśmy co i jak. W środku pełno barów, kino i jakieś inne atrakcje. Wszędzie można było usłyszeć piosenki Marsów. Co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Uderzyłyśmy do sklepu z marsowymi koszulkami i innymi akcesoriami. A że ja miałam w planach zrobić swoją własną koszulkę, ale niestety brak czasu. Więc kupiłam koszulkę, bransoletkę i cover na Oysterkę a co! Od razu, szukałyśmy jakiejś toalety co by się przebrać prawda? Udało się. I do kolejki do wejścia. Otworzyły się równo o 18;30 i potem schodami do góry. Na wejście na Arenę czekałyśmy do 19 chyba. Wbijamy do środka, WOW wielkie to jak nie wiem. Udajemy się na nasze miejsce, i dopiero zdajemy sobie sprawę jak wysoko jesteśmy i jak stromo jest w dół. No ale nic jakoś się przyzwyczaiłyśmy, scenę też było widać. Ale po cichu mnie zżerała zazdrość od środka do stojących na płycie. Ale najważniejsze jest, że tam byłam. Został puszczony teledysk do piosenki Up In The Air, dało się wyczuć napięcie jak za każdym razem gdy pojawił się w nim Jared, Tomo Albo Shannon wszyscy darli japy, hello ty tylko teledysk. Najpierw wystąpił supportujący ich zespół You Me At Six, chłopaki grali świetnie podniesli nieco atmosfere która i tak była dosyć gorąca. I muszę przyznać że też mają dobre piosenki, dobrej muzyki nigdy dość. No ale w głębi duszy czekałam aż skończą. I jest skończyli, no ale klops o przerwa na zmianę instrumentów, zrzucili czarne płachty z białą triadą po środku. Potem wyszło 2 akrobatów, którzy świecili latarkami w tłum, żeby zachęcić ich do krzyków i rozruszać nieco. Fala w takim wykonaniu wyglądała nieziemsko, nie da się opisać, i to jeszcze jak wszystko ogląda się z góry. Ciary. Potem puścili ich najnowszy teledysk do City Of Angels, piskom i wrzaskom nie było końca. I jakoś koło 9 nagle zgasły światła i słychać nieziemski głos Jareda w piosence Birth. Pisk w arenie był niesamowity, po prostu szaleństwo. Nie da się w takim momencie zachować spokoju no nie da się. Jared siedział na górnym rusztowaniu ze światłami, ( nie mam zielonego pojęcia jak się to nazywa). Jared ubrany był w czarną peleryne z piórami. Zjechał na dół, ciągle śpiewając i hipnotyzując tłum. Swiatła wjechały na góre ukazała się triada i naglę czarne płachty spadły, ukazał się Tomo z gitarą i Shannon z perkusją. Matko myślałam że mi serce wyskoczy i kolejna piosenka Night Of the Hunter- jedna z moich ulubionych a mam ich wiele. Dobrze, że były telebimy, można było podziwiać jak Shannon szalał na perkusji. Głos Jareda, po prostu przeszywał na wylot, totalny chill nawet nie potrafię tego opisać. Bo tego chyba się nie da opisac to trzeba usłyszeć. Perfekcja! I po tej piosence, Jared kazał wszystkim podnieść tyłki i ' Jump and touch the sky'- nie rozumiem jak można było siedzieć. Wrzucę fimik jak będę umiała z moją ulubioną cześcią tej piosenki, gdzie niestety słychać moje fałsze, ale co lepsze słychać moje ulubione słowo jakie krzyczy Jared, na punkcie którego mam fioła 'Louder' chodzi mi o sposób w jaki on to wymawia, takie moje małe zboczenie. Potem dokładnie z tego wszystkiego nie pamiętam ale na pewno było, nie wiem czy w dobrej kolejności This is War i Search and Destroy i ogromne balony, zostały zrzucone na publiczność na płycie, potem End of all Days, City of Angels i tysiące świateł na trybunach - magia. Shannon zagrał na ksylofonie- chyba tak się ten instrumen nazywa. Pries of Varanasi- akrobaci. Wybaczcie jeśli coś pomylę ale stawiam, że potem było akustycznie Alibi i The kill. - I was melting ! Do or Die i Kings and Queens i chyba Jared się pożegnał wtedy włączyły się światła i ludzie zaczęli wychodzić, ale ja wiedziałam że to jeszcze nie koniec. Po chwili Jared wrócił i zaśpiewał Stay Rihanny- ciary totalne, glos perfekcja- naprawdę brak słów. Potem zaprosił 3 fanów na scenę, albo to było w czasie Alibi i The kill tak mi się wydaję. Tak i jeszcze zanim zaczął śpiewać to mieli zrobić zdjęcie, ale Shannon gdzieś zaginął i wszyscy zaczęli skandować Shannon! Shannon! ale niestety się nie pojawił, więc kazał im usiąść na scenie i zaśpiewał wtedy te dwie piosenki przy akopaniamencie gitary akustycznej i potem pojawił się Shannon i Tomo i pyk fota. Potem piosenka Closer to the Edge to której mam ogromny sentyment i dotychczas słyszałam ją tylko z komputera lub z telefonu i wtedy usłyszeć ja na żywo z gitarą perkusją i głosem Jareda to było istne szaleństwo. I ostatnia piosenka to Up In The Air. I po tym światła zgasły i już się nie zaświeciły. A i doznałam olśnienia, przypomniało mi się było jeszcze acoustic Attack i Hurricana. Plus jeszce wcześniej gdzieś koło Search and Destroy było A Call to Arms. Buuuuu ! Co ja bym dała, żeby wtedy tam na tej scenie z nimi być. Ale naprawdę, mimo że czasem życie kopie po dupie i wydaję się że wszystko jest do kitu to to co nam zostaje, to nasze marzenia i ich nam nikt nie odbierze. Pamiętam jak kiedyś obiecałam sobie, że będe na koncercie Marsów- i proszę bardzo dziś już jestem po koncercie. Dlatego DREAM OUT LOUD, bo wszystko jest możliwe. Wszystko! I dąż do celu, nie ważne jak trudno będzie. To jedno z najlepszych przeżyć w moim życiu, wiem że dla kogoś może to zabrzmieć głupio, że ja tak się tym cieszę. Ale na prawdę było to bardzo ważne wydarzenie. Muzyka Marsów ma to do siebie, że jest tak jakby uniwersalna i każde słowo, każdą piosenkę można odebrać w unikalny i osobisty sposób. Tak jakby opisuję nasze odczucia, i wpisuje się dokładnie w daną sytuacje. Kto słucha Marsów wie o czym mówię. I powiedziałam wczoraj do Moniki, że nie wiem na co mam teraz czekać, bo przez ostatnie kilka miesięcy to tylko wlaśnie 30 Seconds To Mars i to był mój priorytet, no ok teraz to święta ale co potem. Obiecałyśmy sobie, że na jednym koncercie, to się nieskończy i być może Skandynawia w marcu. Hmm kto wie, gdzie nas Marsi poniosą. I dopiero dzisiaj jak wstałam to do mnie dotarło, że to wydarzyło się na prawdę jak przeglądąłam nagrania i zdjęcia. Dziękuję losowi, że mi się udało tam być i chłopakom, że są i dla nas grają.
I'm the ECHELON <3
Niestety, jestem trochę sierota komputerowa i nie wiem jak załadować video.
LOVE LUST FAITH DREAM
<3
Louder !
Enjoy !
Hear me now
Under the banner of heaven
We dream out loud
Do or die…
And the story goes on
Under the banner of heaven
We dream out loud
Do or die…
And the story goes on







































