poniedziałek, 25 listopada 2013

DREAM OUT LOUD - THIRTY SECONDS TO MARS


A więc dokonało się! Wczoraj byłam na Marsie totalnie ! Jeszcze dziś jestem tym podekscytowana, jakbym pisała posta wczoraj po koncercie to wyglądał by tak : kdcdvcshlcjfhforkorjugfyujdbxsnx sioucovdbc kdoibfb, mniej więcej. Dlatego czekałam aż emocje trochę opadną. Zacznę od początku. Od sierpnia, czyli od dnia kiedy kupiłam bilet żyłam tylko tym koncertem. Tylko Mars i Mars. Ale spokojnie, bez żadnych paranoi. I tak czekałam od poniedziałku do poniedziałku. I w końcu ostatni tydzień na szczęście minął bardzo szybko, ale to też dlatego, że byłam bardzo zajęta bo chyba bym się nie doczekała. I tak nadeszła sobota 23 Listopada 2013 roku. Nie wspominając o tym, że nie mogłam w piątek zasnąć bo już mnie nosiło, ale jak się w końcu udało to spałam do 11, wcisnęłam w siebie tylko śniadanie i przez resztę dnia nie mogłam nic przełknąć. I tak z Moniką umówiłyśmy się na stacji North Greenwich o 5, byłam lekko przed to połaziłam, pooglądałam Arenę z daleka. I w końcu jest i Monika. I ruszamy w kierunku wejścia do o2. Mimo, że było zimno jak diabli nie odczuwało się tego tak bardzo bo nie było czasu przejmować się temperaturą. Arena przeogromna, nigdy nie miałam okazji wcześniej się tam wybrać wiec nie wiedziałyśmy co i jak. W środku pełno barów, kino i jakieś inne atrakcje. Wszędzie można było usłyszeć piosenki Marsów. Co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Uderzyłyśmy do sklepu z marsowymi koszulkami i innymi akcesoriami. A że ja miałam w planach zrobić swoją własną koszulkę, ale niestety brak czasu. Więc kupiłam koszulkę, bransoletkę i cover na Oysterkę a co! Od razu, szukałyśmy jakiejś toalety co by się przebrać prawda?  Udało się. I do kolejki do wejścia. Otworzyły się równo o 18;30 i potem schodami do góry. Na wejście na Arenę czekałyśmy do 19 chyba. Wbijamy do środka, WOW wielkie to jak nie wiem. Udajemy się na nasze miejsce, i dopiero zdajemy sobie sprawę jak wysoko jesteśmy i jak stromo jest w dół. No ale nic jakoś się przyzwyczaiłyśmy, scenę też było widać. Ale po cichu mnie zżerała zazdrość od środka do stojących na płycie. Ale najważniejsze jest, że tam byłam. Został puszczony teledysk do piosenki Up In The Air, dało się wyczuć napięcie jak za każdym razem gdy pojawił się w nim Jared, Tomo Albo Shannon wszyscy darli japy, hello ty tylko teledysk.  Najpierw wystąpił supportujący ich zespół You Me At Six, chłopaki grali świetnie podniesli nieco atmosfere która i tak była dosyć gorąca. I muszę przyznać że też mają dobre piosenki, dobrej muzyki nigdy dość. No ale w głębi duszy czekałam aż skończą. I jest skończyli, no ale klops o przerwa na zmianę instrumentów, zrzucili czarne płachty z białą triadą po środku. Potem wyszło 2 akrobatów, którzy świecili latarkami w tłum, żeby zachęcić ich do krzyków i rozruszać nieco. Fala w takim wykonaniu wyglądała nieziemsko, nie da się opisać, i to jeszcze jak wszystko ogląda się z góry. Ciary. Potem puścili  ich najnowszy teledysk do City Of Angels, piskom i wrzaskom nie było końca. I jakoś koło 9 nagle zgasły światła i słychać nieziemski głos Jareda w piosence Birth. Pisk w arenie był niesamowity, po prostu szaleństwo. Nie da się w takim momencie zachować spokoju no nie da się. Jared siedział na górnym rusztowaniu ze światłami, ( nie mam zielonego pojęcia jak się to nazywa). Jared ubrany był w czarną peleryne z piórami. Zjechał na dół, ciągle śpiewając i hipnotyzując tłum. Swiatła wjechały na góre ukazała się triada i naglę czarne płachty spadły, ukazał się Tomo z gitarą i Shannon z perkusją. Matko myślałam że mi serce wyskoczy i kolejna piosenka Night Of the Hunter- jedna z moich ulubionych a mam ich wiele. Dobrze, że były telebimy, można było podziwiać jak Shannon szalał na perkusji. Głos Jareda, po prostu przeszywał na wylot, totalny chill nawet nie potrafię tego opisać. Bo tego chyba się nie da opisac to trzeba usłyszeć. Perfekcja! I po tej piosence, Jared kazał wszystkim podnieść tyłki i ' Jump and touch the sky'- nie rozumiem jak można było siedzieć. Wrzucę fimik jak będę umiała z moją ulubioną cześcią tej piosenki, gdzie niestety słychać moje fałsze, ale co lepsze słychać moje ulubione słowo jakie krzyczy Jared, na punkcie którego mam fioła 'Louder' chodzi mi o sposób w jaki on to wymawia, takie moje małe zboczenie. Potem dokładnie z tego wszystkiego nie pamiętam ale na pewno było, nie wiem czy w dobrej kolejności This is War i Search and Destroy i ogromne balony, zostały zrzucone na publiczność na płycie, potem End of all Days, City of Angels i tysiące świateł na trybunach - magia. Shannon zagrał na ksylofonie- chyba tak się ten instrumen nazywa. Pries of Varanasi- akrobaci. Wybaczcie jeśli coś pomylę ale stawiam, że potem było akustycznie Alibi i The kill. - I was melting ! Do or Die i Kings and Queens i chyba Jared się pożegnał wtedy włączyły się światła i ludzie zaczęli wychodzić, ale ja wiedziałam że to jeszcze nie koniec. Po chwili Jared wrócił i zaśpiewał Stay Rihanny- ciary totalne, glos perfekcja- naprawdę brak słów. Potem zaprosił 3 fanów na scenę, albo to było w czasie Alibi i The kill tak mi się wydaję. Tak i jeszcze zanim zaczął śpiewać to mieli zrobić zdjęcie, ale Shannon gdzieś zaginął i wszyscy zaczęli skandować Shannon! Shannon! ale niestety się nie pojawił, więc kazał im usiąść na scenie i zaśpiewał wtedy te dwie piosenki przy akopaniamencie gitary akustycznej i potem pojawił się Shannon i Tomo i pyk fota. Potem piosenka Closer to the Edge to której mam ogromny sentyment i dotychczas słyszałam ją tylko z komputera lub z telefonu i wtedy usłyszeć ja na żywo z gitarą perkusją i głosem Jareda to było istne szaleństwo. I ostatnia piosenka to Up In The Air. I po tym światła zgasły i już się nie zaświeciły. A i doznałam olśnienia, przypomniało mi się było jeszcze acoustic Attack i Hurricana. Plus jeszce wcześniej gdzieś koło Search and Destroy było A Call to Arms. Buuuuu ! Co ja bym dała, żeby wtedy tam na tej scenie z nimi być. Ale naprawdę, mimo że czasem życie kopie po dupie i wydaję się że wszystko jest do kitu to to co nam zostaje, to nasze marzenia i ich nam nikt nie odbierze. Pamiętam jak kiedyś obiecałam sobie, że będe na koncercie Marsów- i proszę bardzo dziś już jestem po koncercie. Dlatego DREAM OUT LOUD, bo wszystko jest możliwe. Wszystko! I dąż do celu, nie ważne jak trudno będzie. To jedno z najlepszych przeżyć w moim życiu, wiem że dla kogoś może to zabrzmieć głupio, że ja tak się tym cieszę. Ale na prawdę było to bardzo ważne wydarzenie. Muzyka Marsów ma to do siebie, że jest tak jakby uniwersalna i każde słowo, każdą piosenkę można odebrać w unikalny i osobisty sposób. Tak jakby opisuję nasze odczucia, i wpisuje się dokładnie w daną sytuacje. Kto słucha Marsów wie o czym mówię. I powiedziałam wczoraj do Moniki, że nie wiem na co mam teraz czekać, bo przez ostatnie kilka miesięcy to tylko wlaśnie 30 Seconds To Mars i to był mój priorytet, no ok teraz to święta ale co potem. Obiecałyśmy sobie, że na jednym koncercie, to się nieskończy i być może Skandynawia w marcu. Hmm kto wie, gdzie nas Marsi poniosą. I dopiero dzisiaj jak wstałam to do mnie dotarło, że to wydarzyło się na prawdę jak przeglądąłam nagrania i zdjęcia. Dziękuję losowi, że mi się udało tam być i chłopakom, że są i dla nas grają. 

I'm the ECHELON <3



































Niestety, jestem trochę sierota komputerowa i nie wiem jak załadować video.

LOVE LUST FAITH DREAM

<3


Louder !





Enjoy ! 





Hear me now
Under the banner of heaven
We dream out loud

Do or die…
And the story goes on



piątek, 22 listopada 2013

Billy Eliot & Roxy & Mission: shower

Napisanie tego posta planowała, już od dłuższego czasu ale nie było kiedy. A ten tydzień to już kompletna porażka. No ale po kolei. W zeszłym tygodniu w poniedziałek H zapytała mnie czy czasem nie chciałabym zobaczyć kolejnego show w West End, tym razem Billy Eliot- Max kuzyn Zaca gra w tym musicalu. Także jakby któraś z operek wybierała się na ten właśnie musical to mały blondasek, który występuję jako pierwszy to właśnie Max. No to zgodziłam się oczywiście, show było w środę. Było świetnie, musical bawi i wzrusza. Serdecznie polecam. Dzięki uprzejmości rodziców hostki, nie musiałam wracać do domu metrem, było dosyć późno, więc było mi to bardzo na rękę i jestem im za to bardzo wdzięczna. Pogoda tutaj jest wstrętna, pada deszcz i jest bardzo zimno. Temperatura spada do -1 stopnia w nocy. No reszta tygodnia upłynęła w miarę spokojnie, soft play i zabawy w domu. W piątek byłam z małym u jego kuzynów do wieczora i potem babysiting bo hosci wychodzili na kolacje urodzinową jednego z członków rodziny. Na sobotę miałam różne plany, między innymi spotkanie z Olą, ale niestety musiałam odwołać. S miała problemy, wiec musiałam jej jakoś pomóc. Najlepszy według mnie lekarstwem jest szczera rozmowa i zabawa. No to najpierw poszłyśmy na kolacje do Pizzy Expres w centrum Londynu a potem do klubu Roxy- czasem trzeba się odstresować i zrelaksować i wtedy wszystko wydaje się prostsze i łatwiejsze do rozwiązania. Także bawiłyśmy do 3;30 bodajże. I potem nocny autobus do Stanmore i niestety ja gapa, nie przewidziałam że weekend i że autobusy rano zaczynają kursować nieco później, moj np byłby o 6;30 a ja w Stanmore byłam lekko przed 5. Kasy na telefonie nie mam żeby zadzwonić po taksówkę, więc troche kicha. Ale kolejnym autobusem, przyjechała jakiś mlody chłopak, też szukał informacji na temat autobusów. Ale jakoś się zgadaliśmy i zabrałam się z nim taksówką do Bushey, zawsze to lepiej niż siedzieć na przystanku prawie, że na mrozie lub drzeć z buta ze Stanmore. W niedzielę nie chciało mi się nic robić, ale ostatecznie pojechałam na Oxford Street z Sarii. Zrobiłyśmy małe świątecznie zakupy, i szukałyśmy Costy- bo mają tam świetną świąteczną kawę- Orange and Chocolate Moca Lattec :) - przypomina mi smak cukierków z choinki z dzieciństwa- pomarańczowych galaretek w polewie czekoladowej. Mniam! Znalazłyśmy w końcu jedną ale aż, na Edgware Way Road. Zupełnie inna część Londynu- Arabskie sklepy, restauracje i kawiarnie i dużo dziwnie zachowujących się ludzi. Ale było dosyć zimno, więc zostałyśmy tam. Wzięłam autobus do domu, co by zaoszczędzić na oyster-ce. ;) Poniedziałek minął stosunkowo przyjemnie, po szkole pojechaliśmy z H i Zaciem do Brent Cross. Ja biegałam z małym po regałach z zabawkami a H załatwiała swoję sprawy. Potem pojechałyśmy do restauracji Hosta na kolację, i skusiłam się na hamurgera roboty hosta. Matko nigdy nie jadłam tak dobrego hamburgera, co prawda zostawiłam połowę bo nie dałam rady. Ale smakował świetnie. We wtorek w domu H rozpoczął się remont łazienki na górze, także szął po prostu. Musiałam zniknąć z małym na większość dnia z domu. Po szkole zabrałam go do Kanteen- restauracji hostów na lunch. Ale pech chciał, że tata Zaca tam był. W sensie, że dla mnie bo mały jak zobaczy H dostaję głupawki i nie było mowy o siedzeniu czy o zjedzeniu lunchu. Także H chcąc niechcąc musiał nas zabrać do Parents Paradise. Do domu wróciliśmy koło 5;30 bo mam college o 7. W środę rana budzę się, idę do łazienki a tu niespodziewajka nie ma wody. Hurra. Dobrze, ze miałam trochę co bym mogła zęby umyć. W domu H istny bajzel, bojler odłączony wszystko w kurzu- jednym słowem tragedia. Jeździłyśmy całe przedpołudnie szukając szkoły dla Zaca - i chyba mamy jedną w Edgware. Mi to tam obojętnę bo ciagle dojazd jednym autousem, bez przesiadek. Potem hostka zabrała nas do soft play. bo do domu raczej nie mogłyśmy wrócić. Koło 3 pojechaliśmy do mamy H, ja musiałam wziąść tam przysznić bo w domu mogłam sobie o tym pomarzyć. Plus jak się potem okazało nie było również i ogrzewania. Hurra ! H bardzo się przejeła i dała mi 2 termofory i gruby koc. Trochę pomogło, ale spanie w 14 stopniach nie jest komfortowe- nie ważne jak bardzo byłam owinięta kołdrą. Wstałam rano, przemarznięta na kość. Ale nie byłam w stanie wystawić nawet czubka nosa poza kołdrę. Ale musiałam iść do domu H ogarnąć pokj Zaca- wchodzę a tam z 10 budowlańców, każdy w innym jezyku mówi. No ale jakoś dałam radę przebrnąć przez drabiny i folię. Zjedliśmy lunch u mnie bo warunki w kuchni nie pozwalały na zrobienie czegokolwiek. Wszyscy byli źli, bo miało to zająć tylko 3 dni jak zapewniał Boss. No ale jak widać, jeszcze jutro malowanie u góry i dokończenie ich łazienki. Mam nadzieję, że jutro już naprwde to skończą bo już mnie wkurza, że wszystko jest pokryte białym proszkiem i ciągle mam wrażenie że mam brudne ręce mimo, że myłam je kilka razy pod rząd. I muszę stwierdzić na koniec, że przysznic to jeden z najlepszych wynalazków Ever! Biegłam jak na skrzydłach do łazienki, kiedy skończyłam babysitting. Jutro też mam babysitiing prawdopodobnie, ale za to w sobotę 30 SECONDS TO MARS! Wydarzenie roku. Dlatego zależało, mi również na napisaniu tej notki przed weekendem, bo będe chciała opisać swoje wrażenia z koncertu. O matko, czuję że będzie świetnie. !!!!!









Do następnego ;)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Last 2 weeks & InstaMix !

Witajcie, jest niedziela i na dworze zimno jak nie wiem. Tylko 2 stopnie. Zima idzie chyba. Kurcze jestem zła na siebie, że nie piszę tak często jak bym chciała. Ale nie chodzi nawet o to że nie mam czasu, bo mam ale po prostu jakoś mi się nie chce, bo w sumie to nie dzieje się ostatnio zbyt dużo w moim życiu a nie chce pisać o jakiś duperelach. No to z takich ważniejszych rzeczy to zakupiłam już jakiś czas temu bilet do domu na święta, nawet nie wiem czy nie wspominałam czasem. No to mam bilety na 16 grudnia chyba o 8 wylatuje z Luton i ląduje w Katowicach. Mam nadzieję że uda mi się złapać autobus na dworzec i z tamtąd pociąg do Kielc, bo z tego co się zorientowałam to jest tylko 1 i jak dobrze pójdzie to będę miała jakieś 20 minut na zakup biletu i dotarcie na peron. Fingers crossed ! Wracam zaraz po świętach 27 ale może i nawet lepiej. 
Udało mi się zmienić grupę w collegu, dzięki hostce oczywiście i jest o niebo lepiej, super nauczycielka i znajomi z zeszłego roku. Bardzo się cieszę bo długo bym w poprzedniej grupie nie wytzrymała.
W zeszły piątek nie poszłam nigdzie, postanowiłam zostać w domu i obejrzeć 'Pearl Harbor' aż grzech się przyznać że oglądałam go pierwszy raz. Film świetny wywarł na mnie ogromne wrażenie, przez większość filmu płakałam jak debilka. Hmm w sobotę w dzień wybrałam się do Watford na szybkie i małe zakupy, bo wieczorem była impreza urodzinowa siostry hostki w Brent Crossie w restauracji Hosta. Byłam tam z małym, ubiegałam się za nim jak na maratonie jakimś ból głowy, głośna muzyka i wszyscy w koło w szampańskich nastrojach. uhhh! to nie był najlepszy dzień w moim życiu. I mieliśmy tam zostać tylko do czasu aż mały będzie zmęczony, no ale trzymał się dzielnie do końca imprezy na moje nieszczęście i zasnął w samochodzie trzymając mnie za rękę, co wynagrodziło mi wszystkie złości z tego wieczoru. W niedzielę spałam do południa, i koło 3 pojechałam do Londynu spotkać się z Sari, poszłyśmy najpierw na obiad a potem do Blues & Jazz Bar. Nigdy nie przypuszczałam, że tak przypadnie i do gustu to miejsce plus muzyka na żywo i poznany wcześniej dźwiękowiec. Haha! (...) W domu byłam koło 9, plus zapomniałam parasola więc przemokłam do suchej nitki. No i tydzień minął mi w miarę spokojnie, byłam z małym w Parents Paradise, bo hostka wyprawiała lunch urodzinowy dla siostry i musieliśmy się zmyć z domu na kilka godzin. W czwartek wybraliśmy się na Willow Farm z Zakiem, świetnie miejsce gdyby nie to, że było strasznie zimno. Ale daliśmy z małym radę. Karmiliśmy kozy, konie, świnki i krowy. Tyle, że mały wpadł w szał kiedy już musieliśmy wyjść, bo niestety żeby wyjść z tamtąd trzeba przejść przez sklep z zabawkami i pamiątkami i to nie był w strzał w dziesiątke. Płakał dopóki nie zasnął w samochodzie. W piątek wyskoczyłam na kolacje z Veroniką do Watford, do Wetherspoon. Lubię to miejsce i mam wtyki u ochroniarzy i mogę rozmawiać z nimi nieco po polsku, bo tu wszyscy jakieś podstawy znają :) W końcu język polski tutaj  w Anglii jest na drugim miejscu jako najczęściej używany. W sobotę spotkałam się z Sari w Watford, ma biedulka problemy znowu. Zastanawiam się jaki jest limit krzywd przypadający na każdego człowieka, bo ona ten limit przewyższyła już kilka razy. Mam nadzieję że w końcu wyjdzie na prostą. A dziś miałam się zobaczyć z Olą, ale niestety plany się pozmieniały i pojechałam do Borehamwood do Moniki na kawę i pogaduchy. Przystanek mam pod samym domem, i do miasta tylko 15 minut ale autobusy jeżdżą dość rzadko i zazwyczaj z dużym opóźnieniem plus że to autobus podmiejski i moja karta już tam nie działa. Spędziłysmy miło czas, na pogaduchach, pochodziłyśmy trochę po sklepach i koło 7 zbierałam się do domu. Autobus powienien być o 7;35 ale oczywiście się spóźnił plus jak stałam na przystanku, to jak zwykle słucham muzyki także nie wiem co się dzieje dookoła, zimno jak diabli tylko 3 stopnie i nagle czuję że coś mi łazi po stopie patrze a tu kuźwa SZCZUR, najprawdziwszy, najbardziej obrzydliwy EVER! Uhhhh! Darłam się jak opętana na tym przystanku, dobrze że nikogo tam nie było. Prawie zawału dostałam ! Plus mój autobus nie przyjechał. Musiałam jechać na około najpierw do Edgware, i potem autobusem na Bushey. Prawie zamarzłam i teraz mnie boli głowa. Wrrrr! Ale oglądam sobie znowu Kogel-Mogel. Najlepszy polski film jaki widziałam. Nie ważne który raz to oglądam zawsze śmieszy tak samo. Albo nawet i coraz bardziej. Jak sobie pomyślę, że jutro poniedziałek to mi się wszystkiego odechciewa. Echh! Nie mam, żadnych zdjęć bo nie taszczę ze sobą wszędzie aparatu, tyle co w telefonie na Instagramie to może tu wrzucę kilka.
Jeszce tylko 13 dni i zobaczę mój ukochany zespół  30STM <3 na żywo. Już nie mogę się doczekać plus muszę ich gdzieś dorwać przed koncertem z Moniką mam nadzieję że uda mi się ich jakoś namierzyć. Nie żebym była jakąś psycho fanką, ale grzechem było by bawet nie spróbować zobaczyć ich z bliska albo jakimś cudem zrobić sobie z nimi zdjęcie. Achhh ! Chyba bym zawału dostała. :D No zobaczymy :)






















Plus mam fioła na punkcie Enrique Iglesiasa teraz, tak sobie przypominałam stare hity ;)

  
Miłego i spokojnego tygodnia !