piątek, 22 listopada 2013

Billy Eliot & Roxy & Mission: shower

Napisanie tego posta planowała, już od dłuższego czasu ale nie było kiedy. A ten tydzień to już kompletna porażka. No ale po kolei. W zeszłym tygodniu w poniedziałek H zapytała mnie czy czasem nie chciałabym zobaczyć kolejnego show w West End, tym razem Billy Eliot- Max kuzyn Zaca gra w tym musicalu. Także jakby któraś z operek wybierała się na ten właśnie musical to mały blondasek, który występuję jako pierwszy to właśnie Max. No to zgodziłam się oczywiście, show było w środę. Było świetnie, musical bawi i wzrusza. Serdecznie polecam. Dzięki uprzejmości rodziców hostki, nie musiałam wracać do domu metrem, było dosyć późno, więc było mi to bardzo na rękę i jestem im za to bardzo wdzięczna. Pogoda tutaj jest wstrętna, pada deszcz i jest bardzo zimno. Temperatura spada do -1 stopnia w nocy. No reszta tygodnia upłynęła w miarę spokojnie, soft play i zabawy w domu. W piątek byłam z małym u jego kuzynów do wieczora i potem babysiting bo hosci wychodzili na kolacje urodzinową jednego z członków rodziny. Na sobotę miałam różne plany, między innymi spotkanie z Olą, ale niestety musiałam odwołać. S miała problemy, wiec musiałam jej jakoś pomóc. Najlepszy według mnie lekarstwem jest szczera rozmowa i zabawa. No to najpierw poszłyśmy na kolacje do Pizzy Expres w centrum Londynu a potem do klubu Roxy- czasem trzeba się odstresować i zrelaksować i wtedy wszystko wydaje się prostsze i łatwiejsze do rozwiązania. Także bawiłyśmy do 3;30 bodajże. I potem nocny autobus do Stanmore i niestety ja gapa, nie przewidziałam że weekend i że autobusy rano zaczynają kursować nieco później, moj np byłby o 6;30 a ja w Stanmore byłam lekko przed 5. Kasy na telefonie nie mam żeby zadzwonić po taksówkę, więc troche kicha. Ale kolejnym autobusem, przyjechała jakiś mlody chłopak, też szukał informacji na temat autobusów. Ale jakoś się zgadaliśmy i zabrałam się z nim taksówką do Bushey, zawsze to lepiej niż siedzieć na przystanku prawie, że na mrozie lub drzeć z buta ze Stanmore. W niedzielę nie chciało mi się nic robić, ale ostatecznie pojechałam na Oxford Street z Sarii. Zrobiłyśmy małe świątecznie zakupy, i szukałyśmy Costy- bo mają tam świetną świąteczną kawę- Orange and Chocolate Moca Lattec :) - przypomina mi smak cukierków z choinki z dzieciństwa- pomarańczowych galaretek w polewie czekoladowej. Mniam! Znalazłyśmy w końcu jedną ale aż, na Edgware Way Road. Zupełnie inna część Londynu- Arabskie sklepy, restauracje i kawiarnie i dużo dziwnie zachowujących się ludzi. Ale było dosyć zimno, więc zostałyśmy tam. Wzięłam autobus do domu, co by zaoszczędzić na oyster-ce. ;) Poniedziałek minął stosunkowo przyjemnie, po szkole pojechaliśmy z H i Zaciem do Brent Cross. Ja biegałam z małym po regałach z zabawkami a H załatwiała swoję sprawy. Potem pojechałyśmy do restauracji Hosta na kolację, i skusiłam się na hamurgera roboty hosta. Matko nigdy nie jadłam tak dobrego hamburgera, co prawda zostawiłam połowę bo nie dałam rady. Ale smakował świetnie. We wtorek w domu H rozpoczął się remont łazienki na górze, także szął po prostu. Musiałam zniknąć z małym na większość dnia z domu. Po szkole zabrałam go do Kanteen- restauracji hostów na lunch. Ale pech chciał, że tata Zaca tam był. W sensie, że dla mnie bo mały jak zobaczy H dostaję głupawki i nie było mowy o siedzeniu czy o zjedzeniu lunchu. Także H chcąc niechcąc musiał nas zabrać do Parents Paradise. Do domu wróciliśmy koło 5;30 bo mam college o 7. W środę rana budzę się, idę do łazienki a tu niespodziewajka nie ma wody. Hurra. Dobrze, ze miałam trochę co bym mogła zęby umyć. W domu H istny bajzel, bojler odłączony wszystko w kurzu- jednym słowem tragedia. Jeździłyśmy całe przedpołudnie szukając szkoły dla Zaca - i chyba mamy jedną w Edgware. Mi to tam obojętnę bo ciagle dojazd jednym autousem, bez przesiadek. Potem hostka zabrała nas do soft play. bo do domu raczej nie mogłyśmy wrócić. Koło 3 pojechaliśmy do mamy H, ja musiałam wziąść tam przysznić bo w domu mogłam sobie o tym pomarzyć. Plus jak się potem okazało nie było również i ogrzewania. Hurra ! H bardzo się przejeła i dała mi 2 termofory i gruby koc. Trochę pomogło, ale spanie w 14 stopniach nie jest komfortowe- nie ważne jak bardzo byłam owinięta kołdrą. Wstałam rano, przemarznięta na kość. Ale nie byłam w stanie wystawić nawet czubka nosa poza kołdrę. Ale musiałam iść do domu H ogarnąć pokj Zaca- wchodzę a tam z 10 budowlańców, każdy w innym jezyku mówi. No ale jakoś dałam radę przebrnąć przez drabiny i folię. Zjedliśmy lunch u mnie bo warunki w kuchni nie pozwalały na zrobienie czegokolwiek. Wszyscy byli źli, bo miało to zająć tylko 3 dni jak zapewniał Boss. No ale jak widać, jeszcze jutro malowanie u góry i dokończenie ich łazienki. Mam nadzieję, że jutro już naprwde to skończą bo już mnie wkurza, że wszystko jest pokryte białym proszkiem i ciągle mam wrażenie że mam brudne ręce mimo, że myłam je kilka razy pod rząd. I muszę stwierdzić na koniec, że przysznic to jeden z najlepszych wynalazków Ever! Biegłam jak na skrzydłach do łazienki, kiedy skończyłam babysitting. Jutro też mam babysitiing prawdopodobnie, ale za to w sobotę 30 SECONDS TO MARS! Wydarzenie roku. Dlatego zależało, mi również na napisaniu tej notki przed weekendem, bo będe chciała opisać swoje wrażenia z koncertu. O matko, czuję że będzie świetnie. !!!!!









Do następnego ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz