poniedziałek, 4 marca 2013

great weekend

Chyba już tak zostanie 1 post na tydzień. Lepiej tak niż w ogóle. Pierwsze co to colleg. Mam świetną grupę  20 osób w tym Jake (Jacek). Przekomiczny gościu, z wieelkim poczuciem humoru. Ale od początku. Pierwsze zajęcia miałam w zeszły wtorek. Hostka podrzuciła mnie na miejsce. Trochę się spóźniłam. Siedzę w ławce z przemiłym somalijczykiem i zamiast robić zadania to my gadamy o pierdołach. Znowu zeszłam z tematu. No to po wejściu do klasy nauczyciel się przedstawił i potem powiedział nam żebyśmy i my coś o sobie powiedzieli. Tyle, że trzeba było wyjść na środek, nie wiem co to za polityka. No ale było bardzo fajnie, bez stresu wszyscy byli mili. Także luz:) No i drugi dzień też bardzo fajnie tylko już gościu pracą domową sypnął;/ Ale da się radę. Ogólnie w weekend się za bardzo nie narobiłam, ale to dobrze. Zaczynałam prace po 1 codziennie, także żyć nie umierać. W piąte wieczorem miałam babysitting, ale położyłam małego o 9 spać a host wrócił  30 min później, także byłam wolna. Nie chciało mi się, nigdzie ruszać bo  w sobotę i tak miałam mieć wolne.
Weekend miałam świetny. Bardzo udany. W sobotę umówiłam się z Sari w kawiarni, nie widziałam jej od świąt i zawsze coś nam stawało na przeszkodzie, żeby się zobaczyć. Ale w końcu się udało. Bardzo ją lubię, bije od niej taka jakaś energia, że nie da się jej nie lubić. Czas nam strasznie szybko minął i ja się musiałam zbierać bo miałam się spotkać z Moniką w Londynie na jakieś party. No to szybko się ogarnęłam i wracam na autobus. Dojechałam na Stanmore Station a tu niespodzewajka! Zamknięty odcinek metra Stanmore- West Hampsted. Podstawili autobus zastępczy, ale to znowu jakieś 40 min autobusem  a potem znowu metro. Pała jestem, bo mogłam sprawdzić. A potem sobie jeszcze przypomniałam, znaczy się w niedziele rano, że mogłam do Edgware jechać i stamtąd metrem. No ale trudno, a że nie widziało mi się siedzieć w domu w wolną sobotę to przypomniało mi się, że Sari bd w Harrow. Jak się okazało nie pojechały tam, tylko zostały w Watford. Lepiej dla mnie;) Spotkałam je w pubie, były już lekko wcięte. To ja musiałam trochę nadrobić;) Ale kulturalnie-oczywiście. Nauczyłam się kilku słów po finlandzku- o ile to tak się mówi, ale dziś już nie pamiętam. Bardzo dobrze się czuję mówiąc po angielsku, nie wiem ale czuję jakaś taką satysfakcje że potrafię się porozumieć w 2 językach. No ale nie o tym chciałam. Jakoś pod koniec, zanim zamykali pub obiło mi się o uszy, kilka polskich słów. Ale nie byłam pewna, bo rozmawiali też po angielsku. No ale jak się okazało, to byli sami Polacy i nie rozumiem nadal czemu rozmawiali po angielsku, ale nie ważne. Jako, że z czasem stałam się odważniejsza to podeszłam i zapytałam czy są z Polski. I jak się okazało, że tak to się poczułam jak w domu. I do tego jeszcze 2 Grzegorze i Łukasz. Miło było w końcu usłyszeć polskie imiona;) W czasie rozmowy okazało się, że chłopaki są z Kielc i z Ostrowca Świętokrzyskiego. Czyli nie daleko ode mnie, heh prawie jak rodzina. No pogadaliśmy trochę, pożegnałam się z dziewczynami bo one szły do Oceany jeszcze, a ja za 30 min miałam autobus to nie opylało mi się płacić za wstęp na chwilę. To ja zostałam z chłopakami i pogadaliśmy jeszcze przez chwile, zahaczyliśmy o Mc bo zgłodniałam i odprowadzili mnie na przystanek i wróciłam sb bezpiecznie do domu. Jedyny minus to taki, że straciłam głos, chrypię jak stary trabant. Miałam dzwonić do domu, ale mama by dostała zawału jakby mnie usłyszała. No to miałam nadzieję, że w niedziele mi przejdzie, ale gdzie tam. Wstałam rano a tu jeszcze gorzej, nie słyszałam się kompletnie. Ale szkoda mi było zostać w domu. Zawsze staram się gdzieś iść w weekend. Nie dla mnie siedzenie w domu albo spanie do południa. Zawsze chce wykorzystać weekendy jak najlepiej. No to na niedziele zaplanowałam Camden Town. Nie umiem tego wyjaśnić, ale uwielbiam to miejsce. Moje ulubione tutaj. O 1 byłam w Camden i spotkałam się tam z Veroniką- koleżanka z Czech. Bardzo fajnie nam się rozmawia- znaczy ja to chrypiałam jak ropucha. Obeszłyśmy całe Camden, wszystkie markety i stoiska. I w końcu znalazłam Polskie stoisko z jedzeniem. Wiecie czasem jak jest w bajkach, jak jakiś bohater zauważy coś czego szukał albo to czego potrzebował, to to robi się jasne i bije od tego ogromny blask? A i leci taka specjalna muzyczka w tle typu ta-dam? To ja tak miałam ja zobaczyłam polskie flagi i wielki napis POLSKIE POTRAWY. Dorwałam gołąbka w sosie pomidorowym, i miły pan dorzucił mi gratis pieroga ale ruskiego- akurat z tym nie tęsknie. Ale gołąbek pierwsza klasa. Już od jakiegoś czasu mam chętkę na coś polskiego, wiem co. Bigosu bym zjadła. Co prawda mają w polskich sklepach tutaj, ale nie ma to co porównywać z domowym bigosem. No i potem jak poszłyśmy na spacer wzdłóż rzeki do Regent Parku, potem spacerkiem na Oxford Street. Po drodze napotkałyśy na Polską ambasadę, nie wiem dlaczego nie mieli wywieszonej flagi. Tylko orzełek i tabliczka z napisem. Potem wpadłyśmy na kawę do Starbucka i na autobus i do domciu bo pizgało zimnem niesamowicie. W Edgware na stacji spotkałam inna koleżankę i pojechałyśmy razem do domu. Padałam jak zabita po 10 i obudziłam się dziś rano po 9. Spałam jak dziecko prawie 12 h. Ale chrypę mam nadal i host się ze mnie zbijał, że pewnie za dużo wypiłam w sobotę. Dzisiaj było ok, po za jednym DROBNYM szczegółem a mianowicie chodzi o mój telefon. Stłukłam szybkę, ale nie wiem jakim cudem to się stało. Byłam z małym w Parku w Mill Hill, chciałam go wyciągnąć z wózka atu pac telefon na ziemi. Myślę sobie, pewnie nic mu nie jest bo już nie raz glebę zaliczył. A tu niespodzianka, górna część calutka pokruszona w drobny mak. Myślałam, że mnie coś trafi. Ale takie rzeczy dzieją się tylko w PONIEDZIAŁKI. No ale trudno, bd trzeba ją wymienić. Dobra wiadomość jest taka, że jutro zaczynam dopiero o 3;) Ale nie idę do collegu bo muszę zostać z małym. Nadrobię w środę.


Sonja, Sari i Ja


#Camden Town#
 










poor iPhone

XXXX


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz