sobota, 27 lipca 2013

fun time

A miało być chłodniej dzisiaj! Siedzę w ogrodzie i chowam się pod parasolem. Jestem aktualnie wolna na jakiś czas bo Zac pojechał na kilka godzin do kuzynów. Co za ulga. Mały obudził mnie dzisiaj o 7 ! Ledwo co na oczy widziałam. Ahhh strasznie długi dzień. Kolejny! Wczoraj o 3 nad ranem musiałam wstać i 'przenieść' się z moją kołdrą do domu hostów na materac. How amazing !  Ale nie o tym miałam pisać.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni wydażyło się stosunkowo dużo. Często wychodziłam wieczorami, mimo że następnego dnia musiałam zaczynać dużo wcześniej. Ale zawsze mam kupę śmiechu z S więc to nie problem. 3 tygodnie temu w piątek widziałam się z S. Potem dołączył do nas D. Ale tylko na chwilę bo miał spotkać się ze znajomymi na bilard. Oczywiście Wetherspoon!  Potem jakoś tak wyszło, że dorwałam od kogoś full cap-a z napisem BELIEVE. I paradowałam w tej czapce przez całą noc i wróciłam z nią do domu. W jednym z klubów spotkałyśmy naszego znajomego z 'ławki' Olly-ego ;)  I bawiliśmy się super. Dołączył do nas D. Potem z nieznanych przyczyn doczepił się do nas policjant. Ale z tego co zauważyłam policjanci nie mają tutaj co robić i szukają zaczepki o czym napisze później. Wróciłam do domu bez kurtki, jest ciągle u D w domu. Trzeba by się przypomnieć! Ale za to z czapką :)  W sobotę nie robiłam nic specjalnego po za leżeniem w łóżku i zastanawianiem się dlaczego jestem stosunkowo głupia i naiwna w pewnych kwestiach. Chodzi to o Mr J. No cóż. Życie! Le never mind. 
 
W niedzielę wybrałam się z M and M do Richmod Parku na piknik. Gorąco jak w piekarniku. W sumie taka pogoda utrzymuje się już od dłuższego czasu. Ale o ile pogoda nie kłamie jutro ma być max 23. Ale w sumie to ok. Jestem już zmęczona tymi upałami. Ale wracając do niedzieli, spotkałyśmy stado danieli. Co prawda tylko jeden był odważny i przyjazny dla ciekawskich. Można go było pogłaskać ale i nawet karmić. Takie milusie stworzonko. Gorzej jak cię rogami potraktuję. Już tak milo by wtedy nie było. Ogólnie cały dzień spędziłyśmy w parku, szlajając się po jakichś nie wydreptanych szlakach. Maja wieczorem znalazła niespodziewanego gościa na brzuchu czyt. kleszcz. Aż mnie ciarki przeszły jak mi napisała. Aż musiałam sprawdzić, czy mnie też przypadkiem to coś nie polubiło. Na szczęście nie bo bym chyba odleciała! Bleh !

W poniedziałek wieczorem spotakłam się z S oczywiście. Nie wiem co ja zrobię bez niej. To najsilniejsza osoba jaką dotychczas poznałam. Po tym wszystkim co przeszła w swoim życiu nadal się uśmiecha i ma siłę walczyć dalej. To jedna z takich osób która pozostanie w moim życiu na zawsze, cokolwiek się stanie. I nie chodzi o wspólne imprezy, nie! To coś więcej! To najprawdziwsza przyjaźń. Jak nigdy potrzebowałam kogoś takiego jak ona tutaj. Nie boję się przed nią otworzyć i gadać o tym co myślę. Na swojej drodze spotkałam różnych ludzi, zarówno dobrych jak i złych. Przekonałam się co to znaczy przyjaźń i kto w moim życiu 'zaliczał się do tej grupy'. Tak właśnie jest z ludźmi, przychodzą i odchodzą. A tego drugiego nie lubię. Ja bardzo przywiązuję się do ludzi. I mimo, że nie zawsze było tak jak ja to widziałam albo chciałam widzieć. Ja od zawsze wmawiam sobie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Los rzuca nam kłody pod nogi, abyśmy byli silniejsi i nie tracili wiary w siebie przede wszystkim. Każde wydarzenie kształtuje naszą osobowość i daje kopa do działania- bynajmniej jak tak mam. Ale się wymądrzyłam teraz ;)  A wracając do S to w poniedziałek była tzw. Student Night. To trochę zabalowałyśmy. W klubie. Strasznie mnie zaczyna denerwować reakcja facetów na wieść, że jestem z Polski. Nieopanowana radość i głupkowaty uśmiech. To ju wiadomo o czym jeden z drugim myśli. Zwłaszcza turcy i tamte okolice. Których staram się unikać - bo wiemy jak jest. Dlatego od dziś jestem z Finlandii. A co ! Potem chyba jeszcze widziałam się z S w czwartek- tak tak. Girls Night u Sari w domu. O matko najlepszy wieczór ever. Była z nami również S. Kupiłyśmy sobie pizze, chipsy, czekoladę i wino i leżałyśmy cały wieczór na kocu w ogrodzie. Przygarnęłyśmy kota i poczęstowałyśmy go mlekiem. Śmiechu co nie miara. W sumie lepiej, że nie ma zdjęć. Jako, że późnym wieczorem zrobiło się chłodno to uderzyłyśmy na trampoline. Takie oderwanie od rzeczywiści. Uwielbiam takie chwile. Niezapomniane wspomnienia i świetni ludzie.  I piątek oczywiście. Ale piątek to była drama night. Ale spodziewałam się tego. 2+ 1 niezbyt dobre połączenie. Ale nic. Wróciłam do domu koło 12. Nie bd pisała dlaczego bo nawet nie wypada pisać o cudzych sprawach. W sobotę, chciałam gdzieś wyskoczyć na mały shopping. Cel Westfield z Mają. Oczywiście się spóźniłam bo, nie sprawdziłam czy moje metro działa i musiałam kombinować. Ale koniec końców udało mi się dotrzeć. Nie kupiłyśmy nic po za mrożonym jogurtem. Super! Więcej kasy w kieszeni. Wieczorem miałam babysitting. Szybko zleciało nawet. I w niedzielę Brighton. W końcu. Ale o tym osobna notka. W poniedziałek widziałam się z Veroniką. Siedziałyśmy na ławce w Bushey- niedaleko  kościoła- kupiłyśmy sobie cider-y i chipsy. We wtorek zostałam wieczorem w domu bo nic mi się nie chciało. Ale w środę widziałam się z S. Byłysmy w spoon i potem zachciało nam się lodów z Mc. Ale pech chciał, że w obydwóch  popsuta była maszyna. Wywęszyłyśmy, że to spisek. Ale tesco było otwarte więc poratowałyśmy się Magnum. Siadłyśmy sobie na łąwce nie daleko. I hihrałyśmy się z jakiś głupot. Byłyśmy w szoku, że tyle dzieciaków biegało samych po ulicy. Patologia. Po jakimś czasie po drugiej stronie ulicy pojawiły się 3 laski, w sumie nie zauważyłyśmy ich do czasu kiedy zaczęły się do nas pluć. I rzucać wyzwiskami. Maskara jakaś, obstawiam że nie miały udanej nocy. Ale nie zwracałyśmy na nie uwagi to  się w końcu oddaliły. Pełno małolatów, tacy jak chłopaki z One Direction. hahah to się nazywa mieć swój styl. W czwartek po południu razem z Zaciem i Veroniką, Maxem i małym bąblem Brody. Do schrupania! Byłyśmy w parku przez pól dnia. Ja oczywiście biegałam za Zaciem po całym placu bo on raczej na miejscu nie usiedzi. I praktycznie nie rozmawiałam zbyt dużo z Veroniką. Ale za to mogłam potrzymać sobie malutkie bejbi. Z czego ewidentnie nie był zachwycony mój duży bąbel. Bo płakał. Wiec nie nacieszyłam się za bardzo. Ale mam w końcu imie. Nie jestem bezimienna. Zac woła na mnie Stananana!! Ahh :) Uwielbiam moje nowe imię.  Koło 6 przyjechała po nas hostka. I wieczorem znowu spotkałam się z S. Siedziałyśmy w spoon. Potem skoczyłyśmy do Mc sprawdzić czy maszyna z lodami działą. Działała. Haha. Potem na chwilę po szłyśmy do Loyds'a. Ale nic ciekawego się nie działo więc poszłyśmy do domu. I właśnie po niecałych 3 godzinach snu musiałam się toczyć w piżamie przez ogródek do hostów. Zac obudził mnie o 8. około 12 poszliśmy na lunch do restauracji hosta. Katorga z małym. Żeby usiadł i zjadł cały posiłek musiałabym go pasami do krzesła przypiąć. Ale nie dałam mu biegać, płakał przez chwilę aż w końcu zjadł. I zasnął po drodze do domu. Jak wstał zabrałam go do parku i wieczorem przyjechali jego kuzyni pobawić się z nim. I tak mi zleciał pracowity weekend prawie. Mały wróci około 6, mamy skajpajować z hostką. I potem kolacja, kąpiel i dobranoc Zaccie ;) A ja sobie napisze notkę o Brighton.

Z innej beczki to zaczęłam w końcu czytać książkę którą kupiłam dosyć dawno. Ale obejrzałam niedawno film i przypomniałam sobie o książce. 'The lucky one' Nicholasa Sparksa. Wow.  I kupiłam sobie balsam opalizujący do ciała. Bo dla mnie definicja opalanie nie istnieje. Nigdy nie lubiłam i nigdy nie mogłam się opalić. Nienawidzę leżeć na słońcu i się prażyć. Bo zawsze kończy się na poparzeniach i czerwonej skórze. Blech. To łatwiejsze i przyjemniejsze.















 Ok chyba bd padać bo wiatr się ruszył i niebo zrobiło się szare. Muszę zebrać rzeczy z ogrodu bo wszystko zmoknie. Miłego dnia  i postaram się napisać co nie co wieczorem o Brighton ;)

XXXX

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz