Witajcie, o ile ktokolwiek tu jeszcze zagląda. Wiem, wiem pisanie idzie mi ostatnio jak krew z nosa. Ale ostatnio mam dość dużo pracy. Jestem całymi dniami z małym plus babysittingi, także po pierwsze to nie mam za bardzo o czym pisać bo nigdzie nie wychodzę bo nie mam kiedy, ale przynajmniej już praktycznie spłaciłam bilet do Polski, a to najważniejsze. Weekendy też mam pracujące ale tylko teraz w lutym i nie zawsze, że by nie był, że moja HM to tyran jakiś. Nie. Ona po prostu ma dużo koncertów w tym miesiącu, jeździ z zespołem po całej Anglii. Ale tylko do końca lutego. Oczywiście Hostka w miarę możliwości daje mi wolne dni, np w tygodniu środę mam wolną calutką i jutro sobotę również. Także nie jest tak źle i dodatkowa kasa też się przyda. ;)
Ostatnio strasznie się wkręciłam i oglądam 13 Posterunek na You Tube i leje ze śmiechu. Masakra, pamietam jak byłam młodsza to zawsze się czaiłam przy telewizorze, że może jakoś się uda zobaczyć kolejny odcinek, bo mama za bardzo szczęśliwa nie była z tego powodu. Bo w sumie jak się ma 8 czy 9 lat to takie seriale to dobry wybór. No właśnie. No ale czasem się udawało. A teraz, zamiast cos naskrobać na blogu to oglądam po 3-4 odcinki dziennie. Dobrze, że nie muszę wcześnie wstawać.
W zeszłą niedzielę byłam z Anett i jej znajomym, zobaczyć obchody Chińskiego Nowego Roku w China Town w Londynie. Ale zwątpiłam za dużo ludzi, a co najbardziej mnie w tym wszystkim przerażało to rodzice. Kij tam, że pada. Niemowlęta, dzieci w wózkach. Nie ma gdzie palca wepchnąć, a oni sie pchają w tłum. Jak dla mnie to co najmniej chore, mi było trudno wyjść. Ludzie napierali z każdej strony. A dzieciaczki w nosidełkach, na plecach czy na brzuchu. Ale z tego co widzę to tutaj to normalne. Jak naprzykład jakiś czas temu w Watford było bodajże kilka stopni powyżej zera. Mamusia w płaszczu i kozakach a dzieci bez kurtek, w balerinkach i spodniach 3/4 i małe bobo z gołymi nóżkami i bez czapki. Trochę to chore jak dla mnie. No ale co poradzić.
Dziś jak wracałam z małym z przedszkola, niedaleko domu spotkałam gościa przebranego za banana. Myślałam, że się uduszę ze śmiechu. Wyobraź sobie banana, prawie 2 metrowego na ulicy. Starałam się nie śmiać, żeby jakoś przejść koło niego normalnie. Na szczęście podjechał samochód i go zabrał. Aż miałam łzy w oczach. I w sumie to nie wiem czemu tak zareagowałam. Dobrze, że Zac go nie zauważył bo by wołał za nim 'nana' a wtedy ja bym nie wytrzymała. A znowu innym razem spotkałam się z sytuacją, że chłopak przechodził przez pasy robiąc fikołki. Nie wiem czy to nowa moda. Ale zareagowałam podobnie;) No w sumie to by było na tyle. Szału nie ma. Może jutro coś skrobnę albo w niedzielę.
xxx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz