środa, 10 lipca 2013

I love FRIDAYS !

A więc mój dzisiejszy post byłby już dawno opublikowany  i zaczynał by się zupełnie inaczej. Ale kiedy to już, nawet opublikowałam posta, a muszę dodać że pisałam go ponad 1,5 h coś mi się, że tak brzydko powiem. Zj$%^&o ! I mojego pięknego posta szlag jasny trafił. Gdyby nie to, że byłam w kawiarni to pewnie bym zrobiła coś głupiego a tako to, kiedy zobaczyłam co się stało to jedyne co mogłam to spokojnie oddychać. Takie głupie uczucie! Wrrr. No ale nic. Ochłonęłam i wyszłam z kawiarni odebrać małego z przedszkola.

Uwielbiam Piątki. To zdecydowanie najlepszy dzień tygodnia. A w sumie to noc. To jedyny dzień w tygodniu w którym zapominam, że jestem au pair i niczym się nie przejmuje ( oczywiście w granicach rozsądku). Na zeszły piątek nie planowałam nic konkretnego. Z S widziałam się w czwartek, dołączył do nas D- chłopak S. A poza tym S miała pracować w piątek. Ja spytałam kilka innych osób o wyjście, ale albo byli zajęci albo mieli inne plany. No ale nic , lepiej dla mnie. Oszczędzę trochę kasiory ;) Nic bardziej mylnego. Siedziałam sobie w pokoju. Miałam w planach ogarnąć pokój, zmienić pościel i takie tam. No i w końcu po 100 przeglądnięciu fejsa. Zabrałąm się za zmianę pościeli. Dochodziła 8 bodajże. Patrze sms - od S. Z pytaniem co dziż robię. Odpisałm że nic, ogarnę pokój i wskakuję na rower. Ale okazało się że S nie musi pracować więc wszystko było jasne. Watford. Tyle co zdążyłam ogarnąć twarz- czyt, zmyć tapetę i zarzucić nową elewacje ;) . Nie miałam się w co ubrać, kompletnie wszystko w praniu. Złapałam moje ulubione zielone gacie, czarny T-shirt , trampki. Szybko przeprostowałam włosy i heja. Dotarłam do Watford z lekkim poślizgiem. Około 15 minut. Bez zbędnych pytań - kierunek Wetherspoon. Ochroniarze znają nas już z imienia, nawet dowodu nie musimy pokazywać. Nie wiem czy to dobrze, czy nie. I w dodatku zawsze witają mnie polskim akcentem 'Siema'.  Zostałyśmy w spoon do około 11 chyba. Ja oczywiście nie miałam w planach jakiegokolwiek wejścia do klubu. Bo gdzie z czym do ludzi. No ale nie da się nie pójść. Po drodze wstąpiłyśmy do Mc na McFlurry na spółę. Pech chciał, że spotkałam znajomych polaków z restauracji hosta. Trochę głupia sytuacja, ale szybko się zmyłyśmy. Znalazłyśmy gościa z darmowymi wejściówkami. I heja! Rehab. Wybawiłam się jak nigdy. Najwygodniejsze ciuchy do tańca ever. I jeszcze Dj zarzucał starymi hitami. Było mega. Dołączył sie do nas jakiś ciachowaty chłopaczek w rurkach. Hah Tak oni wszyscy w tych klubach wyglądają tak samo. Rurki, T-shirt - najlepiej biały. Włosy zaczesane na bok jak jeden mąż. Także masz wrażenie, że w około same klony. Albo trafiają się faceci w różu. Tego nie skomentuję. Jest jeszcze jeden typ. Tak zwany sponsor. Facet koło 30 w garniaku z ajfonem i wypchanym hajsem portfelem. Stoi przy barze i obczaja tzw dziunie. Co jedna to głupsza i poleci na hajs albo na furę. To takie moje spostrzeżenia co do ludziów w klubach. O dziewczynach nie wspominam. Bo naprawdę nie ma co.To tzreba zobaczyć. :) No a wracając do chłopaczka. Wyszukał mnie na fejsie. A co bd  miał więcej znajomych ;) Zostałyśmy z S do końca oczywiście. Uderzyłyśmy na Mc na cole i frytki. Tak wiem 3 nad ranem najlepsza pora na fast foody. A że nie chciało nam się wracać do domu, zresztą jak nigdy. Usiadłyśmy sobie na ławce. I po chwili doszła do nas grupka kolesi i spytali czy by mogli zostać na chwilę na rozmowę. Hahah a pewnie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jeden z nich miał na imię J oczywiście. Bo jeden J to za mało. W trakcie rozmowy okazało się że bardzo fajny koleś. 22 lata, w uk od 15. I do tego był w Polsce kilka razy to mi zarzucił kilkoma polskimi zwrotami. I nie były to przekleństwa ;) hurray ;) Zanim odszedł, wziął ode mnie nr. Ale nie liczyłam, że zadzwoni albo napisze. Bo ciekawe ile wtedy numerów wychaczył. No ale jak się okazało zadzwonił. hahah suprajs ! Ale o tym później. Pożegnali się i poszli. Nie wiem nawet która godzina była, coś koło 4. I za chwile podbiegł do nas kolejny gościu. Ten był ululany w 3 dupy. Nie wiem jak tu trafił. Jak się potem okazało był z kolegami. Jeden z nich był nauczycielem i oczywiście był w Polsce. Hah Polska Górą ;) Kolejny z nich mi się oświadczył i już planował ślub w Polsce. A najlepiej to w Poznaniu. Nie wiem dlaczego nie wnikałam za bardzo. I nie wiem jak miał na imię solenizat. Ale dostawiał się do S. Najbardziej zastanawiający by fakt że jeden z nich który do nas podbiegł był kompletnie pijany, a reszta trzymałą sie w miarę ok. Jak się okazało chłopak pochodzi z Rumunii. Nie wiem czy to cokolwiek wnosi. No ale strasznie wkurzający był. Dostawiał się na wszystkie możliwe sposoby jak nie do mnie to do S.  Maskara. W końcu położył się pod naszą ławką i przez chwile był spokój. Patologia.  Zaczynało świtać, można się było zbierać na autobus. W autobusie spotkałam wcześniej poznanego solenizanta. Nie wiem czy pech, czy szczęście. Bo nie zrozumiałam nic z tego co do mnie mówił. Akcent miał straszny ! Znaczy brytyjski, ale dla mnię często nie zrozumiany. Po drodze naszła mnie wena na zdjęcia. Chciałam złapać wschód słońca, no coś tam mi się udało uchwycić ale bateria była rozładowana. To sobie nie poszalałam.  Zasnęłam koło 5 chyba o 11 musiałam się zbierać do Camden do kina. Na World War Z z S. Film mi się podobał, trzymał w napięciu, kilka razy nawet podskoczyłam na fotelu. A poza tym gra w nim Brad Pitt. To chyba oczywiste, Tłumaczyć nie trzeba. W Londynie pogoda ostatnio dopisuje. Termometry pokazują do 29 stopni. Brytyjczycy oszaleli. Łapią słońce jak na zaś. No ale co się dziwić jak tu pochmurno i często pada. Dla mnie minus 5 stopni w dół byłoby perfect. Wieczorem miałam babysitting ale spóźniałam się bo mi metro zamknęli. A na autobus zastępczy nie miałam co liczyć bo ludzi do środka upychali, żeby drzwi domknąć. Wzięłam autobus w stronę Swiss Cottage. Potem metro i kierunek Stanmore. Spóźniałam się 45 minut. Jak nigdy. To moje najdłuższe spóźnienie w karierze. Ale hości byli w porządku. Zac szybko zasnął a ja oglądałam powtórki Geordie Shore. W niedziele nie śpieszyłam się nigdzie. Spotkałam się około 3 z S poszłyśmy na lunch. Potem dołączył do nas D. O 6 wróciłam do domu i tu właśnie niespodziewajka. J zadzwonił czy bym się nie chciała spotkać wieczorem, nie wiem. Prestrachałam się z deka i powiedziałam że pracuję. I że zobaczymy się next time. No zobaczymy co to bd. Wróciłam do domu, przebrałam się i poszłam na rower. Na piątek planujemy z S Ocean-e. Zobaczymy co tym razem się wydarzy !

A teraz zmykam spać bo juz po 2, a jestem na nogach od 7. Co rzadko się zdarza. Buźka XOXOX














Jaram się Ellie X !

2 komentarze:

  1. Wzięłaś prostownicę ze sobą czy kupiłaś tam? Ja chyba bd musiała wziąć ze sobą ;p Odp na fb.
    No i udało Ci się posta dodać :D Ja wczoraj cały dzień próbowałam i też się wściekałam, aż w końcu dziś rano dodałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wzięłam ale się zepsuła i tak musiałam kupić nową;) Zapłaciłam 20Ł za świetną rostownice z Remingtona ;) Najlepszy zakup EVER :D

    OdpowiedzUsuń