środa, 31 października 2012

harlequin & bus

   Dziś Halloween, ja uznałam że jak na 365 dni w roku ciągłego straszenia siebie rano w lustrze i moich znajomych, zostanę dzisiaj w domu i obejrzę jakiś straszny film. Wyboru zbytniego nie ma, jest tylko 'Szósty zmysł', który widziałam już kilkanaście razy.Także, szału nie ma. Dziś nie wydarzyło się nic szczególnego. Zaczęłam dziś o 10 jak zazwyczaj, Zac ciągle gorączkuje, jest jak zupełnie inne dziecko. Mam nadzieję, że jutro już bd z nim lepiej. Ja od tego ciągłego siedzenia w domu od poniedziałku, już dostawałam świra. Codziennie gdzieś wychodziłam z małym to już mi, że tak powiem weszło w krew. Dzisiaj  większość dnia się nudziłam. Host mum musiała jechać do lekarza i potem coś jeszcze załatwić, Zac spał od 1 do 3 więc tak się snułam po mieszkaniu, szukając jakiegoś zajęcia. Kiedy HM wróciła powiedziała mi żebym, sobie gdzieś wyszła bo od tego siedzenia w domu to pewnie już jestem crazy. Czasem mam wrażenie, że ona potrafi czytać mi w myślach. No to tak wpół do 4, mogłam wyjść. Nawet nic ze sobą nie robiłam, w końcu to helołin. Założyłam kurtkę, słuchawki w uszy i heja. Było dosyć chłodno, ale ja już się przyzwyczaiłam, że tu szału z pogodą nie ma. Doszłam na przystanek, i jak mam słuchawki na uszach, to często się zdarza, że nie słyszę jak autobus podjeżdża, a tutaj jak nie wystawisz ręki przed siebie żeby kierowca widział, to się nie zatrzyma. Na szczęście pani wysiadała, to się akurat odwróciłam i patrze a tu autobus. Hah tylko weź znajdź na szybkiego, Oyster card w mojej torbie. Niemożliwe. Ale udało się. W sumie to nie wiedziałam, gdzie chcę i po co jechać. Ale centrum handlowe w Watford to najlepszy sposób na nudę. A po za tym mogę odwiedzić tu mojego najlepszego przyjaciela. Podczas jazdy pisałam z moją przyjaciólką też operką, tyko ona jest z Hiszpanii. Ale jest głupia i za to ją lubię. I zaproponowała mi wypad w piątek do clubu do Londynu. To ja już sobie wyobrażam jak my z tamtąd wrócimy. Znaczy jak nie wrócimy. W sumie to nie jestem pewna czy chce mi się chce tam jechać. W Londynie clubbing jest stosunkowo drogi, plus droga, plus jakieś drinki. Dlatego nie wiem co zrobić. Bo ja muszę teraz oszczędzać, nie chce jechać do Polski z pustymi rękami. Chyba grzecznie  jej zaproponuje Watford. Tu się dzieją różne dziwne rzeczy i zawsze jest mega fun. I po za tym w razie czego nie daleko do domu. A tam co zrobię. Na taxi zbankrutuje przecież. Cholerka. Powiedziałam, ze to przemyślę jeszcze. Przystanek na przeciwko wejścia do centrum także nie zmarzłam bardziej. Wszyscy tutaj, chodzą na imprezy w sukienkach. W sumie, się nie dziwie bo w Primarku wybór ogromny i można znaleźć naprawdę fajne i nie drogie sukienki. Ja jakoś się nie mogę do nich przekonać. Ostatni raz sukienkę na sobie miałam w lutym na mojej studniówce i to tylko dlatego, że musiałam. Dziś czaiłam się koło sukienek, musiałam pewnie wyglądać dosyć podejrzanie. Raz tu, potem znowu wróciłam, chciałam przymierzać. W końcu jednak zrezygnowałam. Ja się po prostu źle w nich czuje. Ale jak bd miała chwile czasu w sobotę to może coś przymierze. Kupiłam tylko bluzkę z myślą o piątku. Ale jeszcze nie oderwałam metki, bo nie wiem czy dobrze się w niej czuje. Tak wiem jestem dziwna. Mało ludzi było,
co jest dziwnym zjawiskiem i rzadko spotykanym tutaj. Słyszałam tylko Polkę jak się darła na swoje dziecko, szczęśliwa że nikt jej nie rozumie. A tu surprise:)  Poczaiłam się jeszcze chwile, ale w końcu kupiłam. Potem poszłam do wujka Mc'Donalda na gorącą czekoladę i prosto na przystanek. Autobus się spóźniał, a jak już przyjechał to był wypchany po brzegi. Ale udało mi się dostać do środka i stanęłam przy drzwiach bo tylko tam dało się w mairę swobodnie oddychać. Co przystanek coraz więcej ludzi przybywało, a nikt nie wysiadał. I jeszcze ludzie zamiast przemieszczać się bardziej do środka do autobusu to się ściskali koło kierowcy i przy schodach na górę. A środek cały pusty. No ale ok. Co kto lubi. Kilka przystanków dalej Pani za mną zwolniła miejsce, ale pomyślałam ze ja zaraz wychodzę to nawet nie opłaca mi się siadać. Pan z przodu obczaił że jest wolne to omało ludzi po drodze nie poprzewracał, żeby się tam dostać i jak siadał to mnie z łokcia pociągnął, że myślałam że tam zemrę. I w cale nie wyglądało mi to na przypadek. Wręcz przeciwnie. Byłam zła jak nie wiem. I może trochę po chamsku ale stanęłąm mu specjalnie na buta po chwili. Nie będzie mnie kurde chłop z łokcia ściągał. Na szczęście akurat to był mój przystanek. Spojrzałam na pana, uśmiechnęłam się i wyszłam. Po drodze padła mi bateria w telefonie i nie mogłam już słuchać muzyki. A jak nie słucham, to jakoś mi się ta droga dłuży. Ale dotarłam do ciepłego domku. Zrobiłam sobię herbatkę miętową. Którą od czasu kiedy tu jestem uwielbiam. I obejrzałam The Bing Bang Theory. Potem dostałam sesemesa od HM że obiad gotowy i ,że mogę przyjść kiedy chce. Odpisałam że dziekuję i że za niedługo przyjdę. Włączyłam komputer i nagle zrobiłam się, strasznie senna i po prostu zasnęlam z twarzą na komputerze. obudziło mnie pukanie do drzwi. Moja HM przyniosła mi obiad i przyszedł również Zac, już nie wyglądał na chorego. Od razu wskoczył na moje łożko, żeby się dostać do laptopa. Trochę mi głupio kiedy ona mi przynosi obiad do pokoju. Dziwnie się wtedy czuje. Ale ona powiedziała, że mam się nie przejmować. Podziękowałam jej i pożegnałam se z Zakiem. No i potem zaczęłam tu pisać, ale nie bardzo mi to szło bo pisałam z moją siostrą i przyjacielem  i jednym okiem oglądałam 'Szósty Zmysł'. No i w sumie to by było na tyle. Jutro zaczynam o 10 znowu. Ciesze się, że mamy przerwę w nauce bo bym musiała wstać przed 8. A jakoś mi się to nie uśmiecha. 

 
mój dzisiejszy łup :)





I książka, którą kupiłam już jakiś czas temu z zamiarem przeczytania, ale nie mogę się jakoś do tego zabrać. Przeczytałam tylko pierwszą stronę i nawet wciągnęła mnie, tyle że musiałam wracać do Zaca.

Branoc xxx

wtorek, 30 października 2012

paranormal activity & hard monady

 A więc w niedziele wybrałam się, z Mają do kina. Cel Paranormal Activity 4. Chciałam się wczuć w atmosferę Halloween. Bo tu wszyscy mają na tym punkcie bzika. Od końcówki września nic tylko, dynie i upiory wszędzie. Matko, ciekawe co się dzieje w Ameryce z okazji tego święta. Domyślam się, że istne szaleństwo. A wracając do filmu to dno totalne, bynajmniej dla mnie. Przez większość filmu nic kompletnie się nie dzieje. A nie przepraszam, był rudy kot który totalnie mnie denerwował. Pojawiał się w najmniej odpowiednim momencie. Chwila akcji, niepewności, myślę a nóż teraz będzie coś 'paranormalnego'. A tu hops! Kot! Masakra po prostu. Ale muszę szczerze powiedzieć, że końcówka była nawet straszna. Adrenalina mi podskoczyła. I co? I puścili napisy. Częściej się śmiałam na tym 'horrorze' niż byłam przerażona. Haha ja potrzebuję krwi i latających flaków. Mój kolejny kinowy cel to Breaking Down part 2.

Po wyjściu z kina, miałyśmy jakąś godzinę do przyjazdu autobusu powrotnego. A swoją drogą, kino nie jest wcale w centrum miasta, jest na uboczu i autobusy kursują tam co 40-60 minut. Pech chciał, że padało. Przystanek be zadaszenia. My bez parasolki, przestałam jej używać od czasu gdy moje 3 poprzednie po jednym użyciu w czasie angielskiej pogody, zepsuły się. Wbrew pozorom ludzie rzadko kiedy, używają parasolek. Częściej widuje ludzi w płaszczach przeciwdeszczowych. Bardziej praktyczne. Ale wracając do sedna. Znalazłyśmy z Mają przejście pod autostradą. Dosyć długi tunel, niezbyt przyjazny widok. Ale przynajmniej nie padało nam na głowę. Maja przygotowała dla nas prowizoryczne miejsce do siedzenia. Zjadłyśmy jej kanapke;) Czułyśmy się trochę jak lumpy. Minęło nas kilkoro ludzi. A jeden starszy pan z wnuczkiem zapytał nas czy wszystko w porządku. Pewnie myślał, że jesteśmy pijane albo coś. W sumie mogło to tak wyglądać bo Maja siedziała w dosyć dziwnej pozycji na ziemi a ja stałam nad nią i śmiałam się jak debil. Wytłumaczyłyśmy panu, że tylko chciałyśmy przeczekać deszcz. Pan się uśmiechnął, i życzył nam powodzenia. Posiedziałyśmy chwile i poszłyśmy na przystanek. Czekałyśmy jeszcze jakiś czas, ale w końcu przyjechał. Potem wybrałyśmy się do pubu na piwo w Watford w Yates. Najlepszy bub i nawet tanie piwo. Co mnie zaskoczyło to 2 małe dziewczynki w strojach typowo halloweenowych z pomalowanymi twarzami chodziły po pubie i zbierały pieniądze. Byłam zaskoczona, kiedy dziewczynka podeszła do nas powiedziałam jej, że nie mamy żadnych słodyczy. Ona powiedziała, że to nic bo ona zbiera pieniądze O.o Ok. Stwierdziłyśmy z Mają, że jesteśmy staroświeckie. Ale wrzuciłyśmy małej drobne do wiaderka. Swoją drogą, ja bym swojemu dziecku nie pozwoliła biegać po pubach i prosić o pieniądze. Potem wróciłysmy do domu, bo Maja miała dosyć długą drogę do domu.

W poniedziałek zaczęłam o 9. Moja host mum miała nagranie w studio i musiała wyjść wcześniej. Mały poprzedniego dnia trochę gorączkował.Także w razie czego miałam mu tylko podać paracetamol albo ibuprofen. Wszystko było super. Około godziny 12 zmierzyłam mu temperaturę, było ponad 37. Dałam mu leki na obniżenie temperatury. Ciągle siedział mi na kolanach i nie miał zbytnio ochoty na zabawę. Włączyłam mu jego ulubiony film i oglądaliśmy razem. W końcu biedny zasnął. Zmierzyłam mu temperaturę kolejny raz. Było już 38. Ale pomyślałam, że musi trochę minąć zanim lek zacznie działać. Właczyłam mu klimatyzacje i zeszłam na dół. Około 2 obudził się z płaczem. Był bardzo rozpalony. Zmierzyłam mu temperaturę. Było 39. Nie wiedziałam co robić. Mały ciągle płakał. Chciałam go wsiąść do wanny, do chłodnej wody, żeby jakoś obniżyć temperature. Ale Zac, za bardzo płakał. Zadzwoniłam do host mum, nie odbierała/ Potem do host dad. Znowu to samo. Wpadłam w panikę. Zastanawiałam się gdzie jeszcze mogę zadzwonić. Po chwili, hd oddzwonił. Jakimś cudem udało mi się mu powiedzieć o co chodzi. I powiedział, że już jedzie. Po chwili był w domu. Ja już prawie płakałam. No bo w sumie jak się zachować, ja się nim opiekuję. I tysiące myśli co bd. Masakra. Hd powiedział mi, żebym się nie denerwowała. Że dobrze zrobiłam, że do niego zadzwoniłam. I że wszystko bd dobrze. Ubraliśmy go szybko i wzięliśmy do lekarza. Okazało się, że mały ma zapalenie ucha i gardła, no i jest przeziębiony. Dostał antybiotyk. Mimo, że jak już wracaliśmy to czuł się trochę lepiej, ja nadal byłam zestresowana i przejęta. Hd powiedział mi ' Chill out Karli, he ll be fine'. Łatwo powiedzieć. Wróciliśmy do domu, Zac dostał kolejną porcje leków. I powoli wracał do siebie. Potem wróciła Hm, Hd musiał wracać do pracy. Zac był już ok, biegał i szalał jak zwykle. Moja HM zapytała mnie jak ja się czuje, to jak jej opowiadałam o i jak po kolei to jak to zwykle ja, trochę się pobeczałam. Powiedziała mi, żebym się tak nie przejmowała, że wszystko jest ok. I jeszcze zanim to wszystko się wydarzyło kupiła dla mnie w sklepie, Grześki. Muszę, przyznać że trafiłam na świetną rodzinkę bez dwóch zdań. Dzień uważam za najgorszy podczas mojego pobytu tutaj. Mały ciągle jeszcze gorączkuje, ale już nie tak jak w poniedziałek.


__Do__napisania_!!


 Maja & ja :)







Mój portfel, w końcu znalazłam dokładnie taki jak chciałam. Primark


:D


niedziela, 28 października 2012

night life

Codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że Londyn to najlepsze miejsce na Ziemi. Tutaj nie ma czasu na nudę. A jeżeli chodzi o imprezy, to już naprawdę. Mistrzostwo jak dla mnie. Ja wychodzę do klubów raczej w piątki, bo w soboty wieczorem mam babysitting.Jak najbardziej mi to odpowiada. Za każdym razem kiedy jestem gdzieś z dziewczynami, dzieją się takie rzeczy, że głowa mała. Pamiętam, że pierwszy raz poszłam do klubu z dziewczynami do Londynu do Picadylly Institute. Zabawa była nieziemska, tylko że ja głupia koza nie sprawdziłam zupełnie jak potem wrócić do domu. Byłam święcie przekonana, że metro bd czynne. Tak bo przecież każdy maszynista czy jak to tam się zwie, marzy żeby jeździć przez całą noc metrem. I kiedy trzeba było wracać do domu, byłam w czarnej dupie.dziewczyny starały się mi pomóc, one mieszkały bliżej centrum także nie miały problemu. Więc za ich radą, poszłam zapytać pracowników metra jak się dostać do domu, i jeden miły pan znalazł dla mnie nocny autobus z Oxford Circus do Stanmore.Ok, spięłam poślady i udało mi się jakimś cudem trafić na przystanek. Dotrwałam przed 4 byłam w Stanmore, ale ja musiałam się dostać do Bushey, więc musiałam czekać do 5:30 bodajże na pierwszy autobus. Bogu dzięki, że to było w czerwcu także, temperatura była znośna. Wytrwałam, w domu byłam po 6. Potem już wolałam zmienić miejsce i szaleć nieco bliżej. Więc, dziewczyny z restauracji zaprosiły mnie do Harrow do klubu. Kasę na taxi miałam, więc ok. Wiało trochę nudą wiec około 1 chciałyśmy wrócić do domu, dziewczyny miały szczęście i załapały się na ostatni autobus, ale zamówiły mi taxi, bo ja ciągle mam problemy ze zrozumieniem tego co ludzie mówią do mnie przez telefon. I dały gościowi mój numer żeby mógł mnie znaleźć. Szukaliśmy się nawzajem dobre 15 minut. Ok w końcu się udało. Miły gościu, lat około 25 pochodził z Indii, gadaliśmy całą drogę. Dojechaliśmy do domu. Zapłaciłam mu i ledwo co zamknęłam drzwi patrze nowa wiadomość. Numer nieznany. I jak się okazało to był ten taksówkarz. Napisał mi że jestem bjutiful, i coś tam jeszcze, Kurde, myślę no zboczeniec. Wie gdzie mieszkam, ma mój numer. Matko Kochana. Usunęłam wiadomość. I sprawdziłam czy dobrze zamknęłam drzwi. Wiem, jestem dziwna;D Kolejnym razem, wybrałyśmy się z Anett do Watford. Wszystko super fajnie, imprezka. Srawdziłam kiedy ostatni autobus do domu 1:55. 100% pewności. Okej nadszeła godzina, trzeba wracać. Super fajnie. Doszłyśmy do przystanku, czekamy mineło 15 minut i nic. Sprawdzamy kolejny raz rozkład jazdy. I klops, rób sobie co chcesz. Przegapiłysmy ostatni autobus. O 1:55 to on był na przystanku końcowym. My bez kasy na taksówkę, w nowych butach na dość wysokim obcasie. Do domu jakieś 7-8 kilometrów i rób sb co chcesz. Szybka decyzja idziemy z  buta, bo co zrobić. Po 5 minutach miałyśmy dość. Popylałyśmy na boska. A nie powiem. zimno jak skurczybyk. Ale było smiechu co nie miara. Kolejnego dnia, nie mogłam w ogóle ustać na nogach. Anett coś sobie wbiła. Po prostu MASAKRA. Innym razem, znowu Watford Rehab to dopiero były cyry. Impreza roku. Odwiedziłyśmy chyba ze 4 kluby, wstęp był free także, no problemo. Zdecydowałyśmy że zostajemy całą noc, po 3 zamykają kluby, 1 autobus 4:45. Zachaczyłysmy o Mc'Donald :) Kupiłam frytki, bo tylko na to mnie było stać. Wyszłam na zewnątrz i czekałam aż Anett kupi co tam chce, podszedł do mnie jakiś Aszer, pogadaliśmy. Jak odchodził chciał odkupić ode mnie frytki. Dałam je mu, niech mu bd na zdrowie. Moja kochana Anett kupiła dla mnie Big Maca. Zjadłyśmy, poznałyśmy przy okazji masę nowych ludzi. Ok czas wracać, zimno było. No to poszłyśmy, jak się potem okazało w złym kierunku. Czyli w zupełnie przeciwną stronę. Myślałam, że Anett mnie zabije bo to był mój pomysł. Byłam pewna, że idziemy w dobrym kierunku.  Po drodze zaczepił nas koleś. Jakiś jego 'przyajciel' zaprosił go na imprezę i potem zniknął. Musiał dostać się do Londynu. Więc, pomyślałyśmy może dorzuci, się na taxi. Bo ja byłam goła i wesoła. Zero kasy. Anett miała jak się okazło tylko 9 funtów. Ale po kolei gościu był nawet spoko. Także wzięliśmy taxi. Była chyba 4. Gościu miał pierwszy pociąg koło 6. Jedziemy. Anett pyta kierowce, ile to bd kosztowało. 16-19 funtów. Anett na to obawiam się że tyle nie mamy. Ale ok. Pytamy naszego przyjaciele gdzie chce jechać. A on bezczelny typ pyta, czy nie mógłby poczekać u mnie w domu do 6 na pociąg. No tak oczywiście i może jeszcze frytki do tego. Koleś wysiadł. My zostałyśmy, bez kasy żeby mu zapłacić. Dostałam olśnienia. Powiedziałam mu żę, mu przyniosę kasę z domu. Ok powiedział żebym mu zostawiła telefon, bo mogę nie wrócić. Ok. Pobiegłam szybko do domu. Oczywiście, jak się człowiek śpieszy to jest jeszcze gorzej, nie mogłam otworzyć drzwi. Potem wpadłam do pokoju, szukam kasy. Nie pamiętam gdzie włożyłam. Wszystkie papiery latały po pokoju jak naboje na poligonie. Masakra. Nogi mnie bolały od szpilek. Znalazłam, biegiem do gościa. Wyszło 19 funtów. Matko tyle kasy. Ale ok. Gościu był z deka bezczelny, bo grzebał mi cham w telefonie. Panie ratuj. Wczoraj, znowu Watford uzgodniłyśmy z Anett że wracamy pierwszym autobusem rano. Zaprosiłam inna au pair. Było nas trzy. Ludzi jak mrówków, bo Halloween. Ceny tez wysokie. Ale kij tam. Było nawet niczego sobie. Ale Anett się źle czuła i wróciła do domu. Zostałam z Michelle. Byłyśmy do końca w klubie. Poznałyśmy bliźniaków Jes i Jay o ile się nie mylę. Ok. Poszliśmy do Mc'Donald. Piździło jak w kieleckim. Myślę, że temperatura był na minusie. Normalnie, miałam drgawki i dzwoniłam zębami. Masakra. Ale trzeba było jakoś sobie radzić. Chłopaki okazali się w porządku, czekali z nami. Tyle że oni byli ubrani jedynie w jeansy i T-shirt. Masakra po prostu. Staliśmy wszyscy razem, ściśnięci jak sardynki. Żeby nie zamarznąć. We wnęce, przy wejściu do sklepu. Michelle polubiła się z Jayem. I gdzieś zniknęli. Wiec ja zostałam z Jesem. W końcu, po 4 wzieliśmy taksówkę,znaczy bliźniaki bo ja nie miałam kasy, jak zwykle. Zawsze biorę mniej, żeby nie wydać za dużo;) Miałam podwózkę pod sam dom. :) Żeby opisać wszystkie imprezy, nie starczyło by mi czasu. A po za tym, nie chcę nikogo zanudzać. O ile ktokolwiek to czyta. Mam babysitting. I oglądam jednym okiem Krzyk 3.  Nie już, nie oglądam coś na górze spadło i myślałam, że padnę na zawał. Zmieniłam kanał.

Byłam, dziś w Londynie. Zahaczyłam o Oxford Street, bo dawno mnie tam nie było i odwiedziłam
 mojego najlepszego przyjaciela czyt. PRIMARK :) Kupiłam parkę i sweter. Akcja święta rozpoczęta, dekoracje na ulicach w sklepach. O uwielbiam to. Ale nie zrobiłam zdjęć, bo jestem koza i zostawiłam aparat w domu;/  Potem spotkałam się z Mają, żeby zobaczyć paradę Zombi. Ale się spóźniłam bo metro było pełniutkie. Picadilly line była po prostu przeludniona. Musiałam czekać, na 3 pociąg bo ludzie w środku byli masakrycznie pościskani. Nie dało się palca wbić.Po 5 musiałam wracać bo host parents wychodzili na impreze czy cuś. Jutro wybieram się z dziewczynami do kina na Paranormal Activity 4. Coś czuję, ze po tym filmie bd miała jeszcze bardziej zrytą banie. Mam nadzieje, że nie kipnę na zawał. Napiszę jutro jak było. CMOK :D

P.s A na koniec piosenka której nie mogę przestać słuchać.
Bruno Mars - Locked Out of Heaven <3

P.s 2- Mam brejka w college, tydzień. Się nachodziłam.
Mój host dad powiedział w środę, że czuje się 'fucking fifty man' bo jego 'córka' czyt, ja chodzi do collegu a Zac do przedzskola. Haha i jak tu ich nie lubić. No nie da się;D

środa, 24 października 2012

Time

Witam po dłuższej przerwie. Reszta poprzedniego tygodnia minęła mi dosyć przyjemnie. W piątek wybrałam się z dziewczynami trochę się rozerwać, ale o tym innym razem. W sobotę spotkałam się z moją przyjaciółką ze Słowacji, której nie widziałam się dosyć długo, spędziłyśmy miło czas w centrum handlowym Brent Cross. Musiałyśmy wracać dość wcześnie bo obie miałyśmy babysitting tego wieczoru. Czas szybko zleciał, mały dość szybko zasnął także ja miałam dużo wolnego czasu. Moja hos mum wróciła przed drugą, porozmawiałyśmy chwilę i wróciłam do swojego 'domu'. Wzięłam prysznic i siadłam znowu to kompa. I od piosenki do piosenki, zaczęłam słuchać piosenek z przed kilku lat. Nie wiedziałam, że piosenki nie słuchane przez kilka lat mogą przywołać tyle niesamowitych wspomnień z przeszłości. Ubeczałam się jak kretynka, siedziałam z słuchawkami na uszach do godziny 5. Potem dałam za wygraną i zasnęłam z ogromnym bólem głowy. Każda kolejna słuchana piosenka, ciary i kolejna porcja łez. Uświadomiłam sobie, że czas tak zapieprza, że niedługo nawet nie zauważę jak bd miała gromadkę dzieci. Naprawdę! Cofałam się kilka lat wstecz. Jak to było super kiedy wracało się ze szkoły jak najszybciej, żeby tylko rzucić plecak w kąt i pójść na podwórko, na boisko. I nie przejmować się tym, że spodnie poplamione, włosy potargane. Ważne było tylko to żeby być z przyjaciółmi. Wygłupy, własne piosenki, wycieczki rowerowe, kradzione jabłka z sadu, dłubany słoneczmik. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Ogniska pod mostem, pieczone, pierwsze piwo, że tak powiem brzydko za stodołą ;) Pieczone ziemniaki na polu, zwożenie siana. Może to wam się wydawać głupie, ale to było coś. Nawet jak o tym teraz myślę to japa mi się cieszy. Łapanie żab, Boże co ja miałam w głowie. Hhaha, ale dała bym wiele żeby chociaż na chwilę do tego wrócić. Przyjaciele i rower. Tylko to się liczyło. A potem jak się musiałam przeprowadzić, nic nie było już tak samo. Ja sobie nie mogłam z tym poradzić, wyobraź sobie że w pewnym momencie musisz zostawić wszystko to co kochasz, miejsce w którym spędziłaś 16 lat swojego życia. I musisz to zostawić, z przyczyn nie zależnych od siebie i nie ma kompletnie innego wyjścia z tej sytuacji. Nikt , kompletnie nikt nie wiedział co tak naprawdę czuje, nie umiałam o tym mówić i znienawidziłam nowe miejsce od samego początku. Nic kompletnie nic mi się tam nie podobało nic. Dlatego tak łatwo zdecydowałam się to wszystko zostawić i przyjechać tutaj. Może gdyby nie to, nie byłabym w tym miejscu w którym teraz jestem. Byłabym na studiach, na kierunku który zupełnie mnie nie interesuje. Robiłabym to co wszyscy cicho, żeby broń Boże nie wychylić się za bardzo z tłumu. A teraz, jestem tutaj, mam plany i marzenia. I wszystko powoli będę realizować.  A teraz już mykam bo jutro zajęcia w collegu. Zostawiam Was z moimi Hitami.

Andrzej Piaseczny- Niecierpliwi
Łzy- Opowiem wam jej historię
Lombard- Przeżyj to sam
Budka Suflera- Bal wszystkich świętych
Ich Troje- Powiedz

Dobranoc.

P.s Nie wiem, coś mam z czasem i datą tutaj zrypane. I nie wiem jak to zmienić. W ogóle jestem zielona jeśli, chodzi to o różne bajery. Poszperam i pozmieniam jak mi się uda.

czwartek, 18 października 2012

bazinga

Tsaa, lęcę jak burza z postami. Ok, więc dziś zbytnio się nie napracowałam. Lepiej dla mnie oczywiście. W sumie to ode mnie zależy jak bd wyglądał każdy kolejny dzień. Nie mam żadnego grafiku czy coś, nie lubię jak mi się coś narzuca. Dlatego bardzo się cieszę, bo mam wolną ręke. Zac poprostu musi się, że tak powiem wyszaleć. Jestem tego samego zdania, bo jak na niespełna dwulatka jest wyjątkowo aktywnym dzieckiem. Ale od początku.

Jak już wspominałam, chodzę do pobliskiego collegu w Stanmore na kurs angielskiego 'Grammar and Vocabulary', bo moja gramatyka ciągle kuleje. Na zeszłotygodniowych zajęciach dostaliśmy kserówki do zrobienia. No i ja przypomniałam sobie o tym dopiero wczoraj po północy. I moja pierwsza myśl 'E tam, spisze się jutro od kogoś' - haha przyzwyczajenia z liceum. Ale nie było znowu takie trudne, to coś udało mi się skrobnąć. I przez to dziś rano, kompletnie nie miałam ochoty ruszyć się z cieplutkiego łóżeczka, czułam że pole grawitacyjne wzrosło na nim kilkakrotnie. Ale w końcu jakimś cudem udało mi się z niego zwlec. Wzięłam prysznic i poczułam się lepiej. Jako, że prostuje włosy od hoho i jeszcze trochę, kiedy ich ne wyprostuje wyglądam jakbym nigdy na oczy fryzjera nie widziała. A pech chciał, że moja zasłużona prostownica odmówiła posłuszeństwa jakiś czas temu, a ja byłam zdesperowana żeby jej użyć, w piątek wieczorem to postanowiłam zabawić się w elektryka. I udało się, tu się użyło taśmy izolacyjnej, musiałam ją wspomóc gumką do włosów bo coś tam nie łączyło. I proszę bardzo, przez jakiś miesiąc działała bez większych zarzutów. Aż do dzisiaj. Dzisiaj po prostu zaczęła się palić żywym ogniem. Wystraszyłam się bo mam czujnik przeciwpożarowy w pokoju i jakiś czas temu robiłam sobie tosty i trochę za bardzo je spiekłam i zaczęło mi pikać, i od tego czasu robiłam sobie tosty w łazience. A wracając do prostownicy, to wylądowała w koszu i teraz rozglądam się za nową. Zrobiłam coś niecoś z włosami także mogłam jakoś pokazać się na ulicy. Dotarłam do collegu, i to była chyba najnudniejsza lekcja w moim życiu. Moja obecna nauczycielka przypomina mi moją byłą nauczycielkę ze szkoły. Czasem odnoszę wrażenie, że ona sama nie wie co do nas mówi. Ziewałam dosłownie co dwie minuty, a poza tym bardzo trudno mi się było skoncentrować na zadaniach, kiedy za oknem błąkała się masa aszerów (czyt. osobniki płci męskiej z wyglądu i ubioru przypominający Ushera lub Chrisa Browna). I weź tu popraw swój angielski. Jakimś cudem, minęły mi te dwie godziny i mogłam wrócić do domu. Po drodze dorwałąm latte z Cafe Nero, i wróciałam do domu. Porozmawiałam chwilę z moją host mum i potem zabrałam Zaca do soft play w Watford. Uwielbiam to miejsce. Czasem odnoszę wrażenie, że bardziej się cieszę niż on. Zjeżdżalnie, baseny z piłeczkami. Istne szaleństwo. Po 2-3 godzinach mały jest padnięty i śpi jakieś 2 godziny. A ja jestem free. I szczerze mówiąc nie traktuje tego jak pracy, Zac jest dla mnie jak młodszy brat. Oni tez traktują mnie jak członka rodziny. Dzis moja host mum, powiedziała znowu, że bardzo się cieszy że to akurat ja jestem ich Au Pair ;))

#focisze

1# moje materiały na kurs

2# wczoraj moja host mum dała mi elektroniczną ramkę na zdjęcia ;) ot tak, poprostu.

3# vip karta do Parents Paradise ;)


4# Jako, że święta niedługo a ja spędze je w Polsce powoli zaczynam kolekcjonować prezenty dla rodzinki. Mam zamiar wysłać im paczke i zabronić otwierania do mojego przyjazdu. Bo nie zamierzam tachać ze sobą ogronej walziki i pacić za nią ok 60 funtów w każdą strone. Mam nadzieję, że bagaż podręczny mi wystarczy;)



A teraz dobranoc;)






wtorek, 16 października 2012

people&people

Mam dziś babysitting także, może uda mi się tutaj coś skrobnąć;)

Jak już wspomniałam wcześniej wcześniej poznałam tutaj masę sympatycznych ludzi z różnych zakątków świata. Na brak Polaków tutaj również nie narzekam. Tak się składa, że mój host prowadzi w tej miejscowości restauracje w której pracują w większości Polacy. Plus za to, że mam możliwość sobie dorobić jako kelnerka. Polacy tutaj to normalka, zazwyczaj najpopularniejsze polskie słowo 'kur&@\' można usłyszeć w autobusie lub, uwaga w sekretariacie w Collegu. A było to mniej więcej tak, siedzę sobie przy stoliku i załatwiam wszystkie formalności związane z moim kursem i wchodzi Pan w brudnym, wyciągnietym podkoszulku z iPhonem w ręku i słuchawkach w uszach. I nagle zaczyna krzyczeć do telefonu coś w stylu "no, czy ich ku$#a po**bało, gdzie oni mi się tu z tą ku**a szafą pchają. Ch**e pi***lone. No ręce mi opadły, zrobiłam się czerwona. Nie wiem dlaczego. Nikt w sumie nie zwrócił na gościa uwagi, ale dla mnie to było co najmniej dziwne. Innym razem, po wyjściu z klubu zaczepiło nas dwóch kolesi, z tego co się przedstawili byli z Egiptu chyba, i kiedy dowiedzieli się że jestem z Polski jeden powiedział do mnie ' He is ku#@' i nie wytrzymałam, wybuchłam śmiechem on również. Tylko jego kolega nie bardzo był obeznany w języku polskim, także stał i patrzył się na nas jak na idiotów. Masakra. Ale ludzie znają również  inne milsze słowa czy zwroty typu 'jak się masz' albo 'kocham Cię'. Czasem naprawdę można się z tego pośmiać. Albo inna sytuacja, moja host mum zaprosiła na obiad swoich rodziców, przygotowała również deser. Siedzimy wszyscy w salonie, wcinamy ciasto. I w pewnym momencie jej tata powiedział do niej: 'Mazz, its taste like gówno'. No i znowu, atak śmiechu aż się poplułam. Do tej pory jak sobie to przypomnę to mi się micha cieszy.

Miałam jedną dość nie miłą sytuacje w autobusie. A więc wracałam z Zakiem z softplay z Finshley, tak dla przypomnienia ma dwa lata i korzysta jeszcze z wózka. Wchodzimy do autobusu, Oysterka w ruch. O patrze jedno wolne miejsce w przestrzeni dla wózków, obok młoda dziewczyna z wózkiem. Więc wbijam, parkuje. Gites. Po chwili słyszę jak otwierają się drzwi i opuszczający sie podjazd dla wózków inwalidzkich  pani do mnie w niezbyt kulturalny sposób, że ona tu MUSI wprowadzić wózek ze starszą kobietą. No to aj sobie pomyślałam ok, stanę sobie z boku z małym i po sprawie. A tu nie ta dziewczyna która obok mnie stała, powiedziałą ze ja byłam tu pierwsza i nie mam obowiązku się przesuwać. Machnęłam ręką i powiedziałam, że to dla mnie ok. I tu się zaczęło. Pani która pchała wózek w krzyk, starsza pani również. Dziewczyna z dzieckiem nie daję za wygraną. Ja stoję jak wryta. Zak nie wie o co biega. Autobus stoi w miejscu, ludzie się denerwują. Prawie doszło do rękoczynów jak pani opiekunka próbowała przesunąć wózek z dzieckiem. Zbiegła się ochrona. O maskara. Kierowca mnie przeprasza. Miałam już wysiąść. Ale pan z sekjurity ustawił wszystkich do pionu i jakimś cudem autobus ruszył. Co nie znaczyło. że sprawa została zamknięta. Gdzie tam. Na kolejnym przystanku dosiadł się jakiś znajomy tejże dziewczyny z dzieckiem. I on również uznał, że powinien wyrazić swoją opinie na ten temat. Na szczęście moja host mum zadzwoniła do mnie i kazała mi wysiąść na kolejnym przystanku. Zostaliśmy uratowani. Paranoja.

Ogólnie Anglicy to przemili i bardzo pomocni ludzie. A moi hości to już pzesadzają;) Mogę liczyć na nich w każdej sytuacji. Pamiętam jak pierwszy raz wybrałam się na spotkanie z inną Au Pair. Dowieźli mnie na miejsce, pytali kilka razy czy aby na pewno wszystko w porządku.Potem jeszcze kilka smsów i telefonów. Nie powiem bardzo to było miłe. Albo innym razem, wybraliśmy sie do centrum handlowego, kiedy mieliśmy wychodzić zapytała gdzie jest moje starsze dziecko. Żyjemy w bardzo przyjaznych stosunkach. Rozmawia mi się z nią bardzo dobrze. Kiedy mnie o coś poprosi nie mam żadnych oporów, bo mam 100% pewność, że gdy ja ich o coś poproszę to mi nie odmówią. Nie raz mi już to udowodnili.

Chcę aby mój blog był dzienną relacją z mojego pobytu tutaj, ale chciałam jakoś zapisać chociaż drobną część tego co sie tu wydarzyło.Także następny wpis bd już dotyczył najaktualniejszych wydarzeń. A tak odbiegając od tematu mam w planach w najbliższym czasie zrobić sobie mały tatuaż, i dotrzymać obietnicy jaką sobie złożyłam przed napisaniem matury. Obiecałam sobie, że jak zdam  to skoczę na bungie. Także pomału rozglądam się za odpowiednim miejscem.


3xL










niedziela, 14 października 2012

from the beginning....

Tsaaa, nad założeniem bloga zastanawiałam się już od ponad 4 miesięcy kiedy to zaczęłam moje operkowanie w Angli. No ale cóż, a to mi się nie chciało, a to zmieniałam zdanie ok 1000 razy. No ale w końcu jest. Zobaczymy jak to będzie z jego prowadzeniem. Nie mam zdolności do pisania, także cudów tutaj nie będzie. Nie wiem czy ktoś będzie zainteresowany czytaniem moich wypocin, ale ja chciałabym mieć jakąś pamiątke, żeby to potem wnukom pokazać i powspominać trochę na starość.

A więc, od początku, Mam na imię Karolina mam 19 lat i od ponad 4 miesięcy jestem Au Pair w Anglii, w małym miasteczku w pólnocnym Londynie - Bushey Heath :) Jestem Au Pair z przypadku. Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś takim jak au pair. O programie dowiedziałam się od mojej koleżanki, która również chciała być au pair, na początku bardziej niż ja. Miałam obawy, daleko od domu, bez rodziny, przyjaciół u obcych ludzi. Ale w końcu się zdecydowałam, i potem już wszystko działo się bardzo szybko. Pierwsza rozmowa z potencjalną rodzinką, stres i jest! Bilet, łzy mamy i siostry na lotnisku, pierwszy lot samolotem i 6.06.2012 r. moja noga stanęła na wyspach, na lotnisku w  Luton. Szczerze odetchnęłam z ulgą, kiedy opuściłam pokład samolotu. A potem znowu stres, gdzie moja walizka;) Ale udało się, poszło nawet gładko.Tak, tylko potem weź znajdź człowieka który cię zabierze do hostfamily. Znalazłam, gościu z kartką z moim imieniem i nazwiskiem. Pierwsza reakcja, śmiech, nie wiem dlaczego. Gościu coś do mnie nawija a ja zielona, kumałam co trzecie słowo. Banan na pysku i 'yes'. Nie pamiętam już czy powiedziałam coś jeszcze poza tym. Ok, jakoś przetrwałam, najgorsze miało dopiero nadejść. Poszliśmy do jego auta, on pakował moją walizkę do bagażnika i powiedział do mnie żebym wsiadła do auta, ok nie ma sprawy pomyślałam i dawaj otwieram drzwi a tu szok. Kierownica. Gościu patrzy na manie jak na niedorozwinętą. Ja oczywiście burak na twarzy, i jakoś wybełkotałam, ze u nas mamy kierownice z drugiej strony. I jakoś udało mi się to przetrwać. Potem spotkanie z host mum i Zakiem. Wszystko super nie mogłam chyba trafić lepiej. Świetni ludzie, bardzo mili i pomocni w każdej sprawie.

Tutaj zaczęłam wszystko od samego początku, z zupełnie czystą kartą. I mogę ją zapisać tak jak tylko zapragnę. W Polsce nie miałam takiej szansy, życie w małej miejscowości, gdzie wszyscy wiedzą o tobie więcej niż ty sama. Należałam do osób nieśmiałych, bardzo nieśmiałych. Piszę w czasie przeszłym, bo teraz już tak nie jest. Nabrałam pewności siebie, i teraz nie ma dla mnie rzeczy nie możliwych. To był wielki krok do przodu, początek. Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że bd w tym miejscu gdzie teraz jestem, nie uwierzyłabym. A tu proszę. Mogę powiedzieć, że się usamodzielniłam. Lubie swoją niezależność. Mieszkam sama, mam swój domek pokój i łazienkę. Dobrze mi tu. Oczywiście, że tęsknie za rodziną, przyjaciółmi. Ale potrzebowałam zmiany, moje życie nigdy nie było specjalnie usłane różami, toteż tutaj dopiero odżyłam. W ciągu tych 4 miesięcy poznałam bardzo wielu świetnych ludzi z całego świata. Zobaczyłam to c do tej pory mogłam podziwiać tylko poprzez monitor. Byłam w Hiszpanii z moją host family. Mam w planach odwiedzić Szkocję i Irlandię ze znajomymi. Poważnie wiąże moją przyszłość z Anglią, nie chodzi tu o operkowanie bo nie można być au pair przez całe życie. Myślę o studiowaniu tutaj jakiegoś ciekawego kierunku. Rozpoczęłam kurs w pobliskim collegu, żeby potem było mi łatwiej dostać się na uniwersytet. Czuje, że właśnie tutaj jest moje miejsce.

Baj de wej, kilka fociszów.


#london














# room





# spain












To tyle tak na początek :)