Codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że Londyn to najlepsze miejsce na Ziemi. Tutaj nie ma czasu na nudę. A jeżeli chodzi o imprezy, to już naprawdę. Mistrzostwo jak dla mnie. Ja wychodzę do klubów raczej w piątki, bo w soboty wieczorem mam babysitting.Jak najbardziej mi to odpowiada. Za każdym razem kiedy jestem gdzieś z dziewczynami, dzieją się takie rzeczy, że głowa mała. Pamiętam, że pierwszy raz poszłam do klubu z dziewczynami do Londynu do Picadylly Institute. Zabawa była nieziemska, tylko że ja głupia koza nie sprawdziłam zupełnie jak potem wrócić do domu. Byłam święcie przekonana, że metro bd czynne. Tak bo przecież każdy maszynista czy jak to tam się zwie, marzy żeby jeździć przez całą noc metrem. I kiedy trzeba było wracać do domu, byłam w czarnej dupie.dziewczyny starały się mi pomóc, one mieszkały bliżej centrum także nie miały problemu. Więc za ich radą, poszłam zapytać pracowników metra jak się dostać do domu, i jeden miły pan znalazł dla mnie nocny autobus z Oxford Circus do Stanmore.Ok, spięłam poślady i udało mi się jakimś cudem trafić na przystanek. Dotrwałam przed 4 byłam w Stanmore, ale ja musiałam się dostać do Bushey, więc musiałam czekać do 5:30 bodajże na pierwszy autobus. Bogu dzięki, że to było w czerwcu także, temperatura była znośna. Wytrwałam, w domu byłam po 6. Potem już wolałam zmienić miejsce i szaleć nieco bliżej. Więc, dziewczyny z restauracji zaprosiły mnie do Harrow do klubu. Kasę na taxi miałam, więc ok. Wiało trochę nudą wiec około 1 chciałyśmy wrócić do domu, dziewczyny miały szczęście i załapały się na ostatni autobus, ale zamówiły mi taxi, bo ja ciągle mam problemy ze zrozumieniem tego co ludzie mówią do mnie przez telefon. I dały gościowi mój numer żeby mógł mnie znaleźć. Szukaliśmy się nawzajem dobre 15 minut. Ok w końcu się udało. Miły gościu, lat około 25 pochodził z Indii, gadaliśmy całą drogę. Dojechaliśmy do domu. Zapłaciłam mu i ledwo co zamknęłam drzwi patrze nowa wiadomość. Numer nieznany. I jak się okazało to był ten taksówkarz. Napisał mi że jestem bjutiful, i coś tam jeszcze, Kurde, myślę no zboczeniec. Wie gdzie mieszkam, ma mój numer. Matko Kochana. Usunęłam wiadomość. I sprawdziłam czy dobrze zamknęłam drzwi. Wiem, jestem dziwna;D Kolejnym razem, wybrałyśmy się z Anett do Watford. Wszystko super fajnie, imprezka. Srawdziłam kiedy ostatni autobus do domu 1:55. 100% pewności. Okej nadszeła godzina, trzeba wracać. Super fajnie. Doszłyśmy do przystanku, czekamy mineło 15 minut i nic. Sprawdzamy kolejny raz rozkład jazdy. I klops, rób sobie co chcesz. Przegapiłysmy ostatni autobus. O 1:55 to on był na przystanku końcowym. My bez kasy na taksówkę, w nowych butach na dość wysokim obcasie. Do domu jakieś 7-8 kilometrów i rób sb co chcesz. Szybka decyzja idziemy z buta, bo co zrobić. Po 5 minutach miałyśmy dość. Popylałyśmy na boska. A nie powiem. zimno jak skurczybyk. Ale było smiechu co nie miara. Kolejnego dnia, nie mogłam w ogóle ustać na nogach. Anett coś sobie wbiła. Po prostu MASAKRA. Innym razem, znowu Watford Rehab to dopiero były cyry. Impreza roku. Odwiedziłyśmy chyba ze 4 kluby, wstęp był free także, no problemo. Zdecydowałyśmy że zostajemy całą noc, po 3 zamykają kluby, 1 autobus 4:45. Zachaczyłysmy o Mc'Donald :) Kupiłam frytki, bo tylko na to mnie było stać. Wyszłam na zewnątrz i czekałam aż Anett kupi co tam chce, podszedł do mnie jakiś Aszer, pogadaliśmy. Jak odchodził chciał odkupić ode mnie frytki. Dałam je mu, niech mu bd na zdrowie. Moja kochana Anett kupiła dla mnie Big Maca. Zjadłyśmy, poznałyśmy przy okazji masę nowych ludzi. Ok czas wracać, zimno było. No to poszłyśmy, jak się potem okazało w złym kierunku. Czyli w zupełnie przeciwną stronę. Myślałam, że Anett mnie zabije bo to był mój pomysł. Byłam pewna, że idziemy w dobrym kierunku. Po drodze zaczepił nas koleś. Jakiś jego 'przyajciel' zaprosił go na imprezę i potem zniknął. Musiał dostać się do Londynu. Więc, pomyślałyśmy może dorzuci, się na taxi. Bo ja byłam goła i wesoła. Zero kasy. Anett miała jak się okazło tylko 9 funtów. Ale po kolei gościu był nawet spoko. Także wzięliśmy taxi. Była chyba 4. Gościu miał pierwszy pociąg koło 6. Jedziemy. Anett pyta kierowce, ile to bd kosztowało. 16-19 funtów. Anett na to obawiam się że tyle nie mamy. Ale ok. Pytamy naszego przyjaciele gdzie chce jechać. A on bezczelny typ pyta, czy nie mógłby poczekać u mnie w domu do 6 na pociąg. No tak oczywiście i może jeszcze frytki do tego. Koleś wysiadł. My zostałyśmy, bez kasy żeby mu zapłacić. Dostałam olśnienia. Powiedziałam mu żę, mu przyniosę kasę z domu. Ok powiedział żebym mu zostawiła telefon, bo mogę nie wrócić. Ok. Pobiegłam szybko do domu. Oczywiście, jak się człowiek śpieszy to jest jeszcze gorzej, nie mogłam otworzyć drzwi. Potem wpadłam do pokoju, szukam kasy. Nie pamiętam gdzie włożyłam. Wszystkie papiery latały po pokoju jak naboje na poligonie. Masakra. Nogi mnie bolały od szpilek. Znalazłam, biegiem do gościa. Wyszło 19 funtów. Matko tyle kasy. Ale ok. Gościu był z deka bezczelny, bo grzebał mi cham w telefonie. Panie ratuj. Wczoraj, znowu Watford uzgodniłyśmy z Anett że wracamy pierwszym autobusem rano. Zaprosiłam inna au pair. Było nas trzy. Ludzi jak mrówków, bo Halloween. Ceny tez wysokie. Ale kij tam. Było nawet niczego sobie. Ale Anett się źle czuła i wróciła do domu. Zostałam z Michelle. Byłyśmy do końca w klubie. Poznałyśmy bliźniaków Jes i Jay o ile się nie mylę. Ok. Poszliśmy do Mc'Donald. Piździło jak w kieleckim. Myślę, że temperatura był na minusie. Normalnie, miałam drgawki i dzwoniłam zębami. Masakra. Ale trzeba było jakoś sobie radzić. Chłopaki okazali się w porządku, czekali z nami. Tyle że oni byli ubrani jedynie w jeansy i T-shirt. Masakra po prostu. Staliśmy wszyscy razem, ściśnięci jak sardynki. Żeby nie zamarznąć. We wnęce, przy wejściu do sklepu. Michelle polubiła się z Jayem. I gdzieś zniknęli. Wiec ja zostałam z Jesem. W końcu, po 4 wzieliśmy taksówkę,znaczy bliźniaki bo ja nie miałam kasy, jak zwykle. Zawsze biorę mniej, żeby nie wydać za dużo;) Miałam podwózkę pod sam dom. :) Żeby opisać wszystkie imprezy, nie starczyło by mi czasu. A po za tym, nie chcę nikogo zanudzać. O ile ktokolwiek to czyta. Mam babysitting. I oglądam jednym okiem Krzyk 3. Nie już, nie oglądam coś na górze spadło i myślałam, że padnę na zawał. Zmieniłam kanał.
Byłam, dziś w Londynie. Zahaczyłam o Oxford Street, bo dawno mnie tam nie było i odwiedziłam
mojego najlepszego przyjaciela czyt. PRIMARK :) Kupiłam parkę i sweter. Akcja święta rozpoczęta, dekoracje na ulicach w sklepach. O uwielbiam to. Ale nie zrobiłam zdjęć, bo jestem koza i zostawiłam aparat w domu;/ Potem spotkałam się z Mają, żeby zobaczyć paradę Zombi. Ale się spóźniłam bo metro było pełniutkie. Picadilly line była po prostu przeludniona. Musiałam czekać, na 3 pociąg bo ludzie w środku byli masakrycznie pościskani. Nie dało się palca wbić.Po 5 musiałam wracać bo host parents wychodzili na impreze czy cuś. Jutro wybieram się z dziewczynami do kina na Paranormal Activity 4. Coś czuję, ze po tym filmie bd miała jeszcze bardziej zrytą banie. Mam nadzieje, że nie kipnę na zawał. Napiszę jutro jak było. CMOK :D
P.s A na koniec piosenka której nie mogę przestać słuchać.
Bruno Mars - Locked Out of Heaven <3
P.s 2- Mam brejka w college, tydzień. Się nachodziłam.
Mój host dad powiedział w środę, że czuje się 'fucking fifty man' bo jego 'córka' czyt, ja chodzi do collegu a Zac do przedzskola. Haha i jak tu ich nie lubić. No nie da się;D