niedziela, 30 grudnia 2012

welcome back London

Dlaczego ten czas tak szybko biegnie? Od wczoraj jestem już 'u siebie'. Święta zleciały niesamowicie szybko. Ogólnie czas w PL bardzo szybko mi minął. Dopiero co się pakowałam do domu, a teraz nawet rozpakować mi się nie chce. Wszystkie rzeczy w walizce. Chociaż w sumie może to i lepiej, że byłam dosyć krótko w domu, bo potem było by jeszcze trudniej tutaj wrócić. No ale na tym polega dorosłość. Dzieci prędzej czy później opuszczają dom rodzinny. No ale nic. Hmm co to ja chciałam? A no tak, powrót do domu to była masakra. W drodze na lotnisko do Krakowa, na zakręcie wykręciło nas o 180' na autostradzie i  mały włos a wylądowalibyśmy pod ciężarówką jadącą drugim pasem. Po prostu masakra. Całe życie mi przeleciało przed oczami. Chwila i by było po nas. I właśnie w takich sytuacjach człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo cenne i kruche jest życie. Wystarczy chwila i już nas nie ma. No ale na szczęście nic się nie stało. Ale do końca, siedziałam jak na szpilkach i potem nogi mnie bolały od napinania mięśni. Dojechaliśmy bezpiecznie. Zważyłam torby, na szczęście nie przekroczyłam limitu. Odprawa, bramka i czekałam na przejście do samolotu. Jako, że miałam zarezerwowane miejsce, nie musiałam stać w kilometrowej kolejce. No i potem szybciutko do samolotu.Nie mam jakiejś paranoi na punkcie latania, ale nie potrafię się odprężyć i zrelaksować podczas lotu. Siedziałam przy oknie zaraz przy wejściu w drugim rzędzie. Pech chciał że w pierwszym usiadła jakąś para, znajomi wszystkich stweardess na pokładzie samolotu. I ni cholery nie dało się spać. Urządzili sobie bankiet, po prostu jakaś masakra. Potem przyszli jacyś znajomi z nikąd. Istny koszmar. A najlepsze było to, że jakiś czas potem jeszcze na chwilę pilot przyszedł się pośmiać. Nigdy więcej Ryanair-em nie polecę. I to nie ze względu na to, no może po części ale po pierwsze ograniczenia bagażowe do max 20 kilo, gdzie cena nie zostaje wliczona w cenę biletu. I za każdy dodatkowy kilogram trzeba zapłacić 20 funtów. Wtf? Oraz szukają na siłę sposobu jak zedrzeć ja najwięcej kasy z człowieka. Poleciałam tylko i wyłącznie tymi liniami, bo nie miałam innego wyboru. Bo za późno wzięłam się za kupowanie biletu. No ale przeżyłam jakoś, ale byłam zła i niewyspana. I na dodatek, kręciłam się około godziny na lotnisku w  Stansted. Bo mój telefon zgubił pieprzony zasięg i za cholerę nie mogłam zadzwonić do HM ani ona do mnie.Biegałam na dwór i spowrotem jak debil. I nic. Aż mi się płakać chciało, ale mówię sobie nie, no bez przesady. I mnie oświeciło, poszłam do informacji zapytać o telefon. I znalazłam zadzwoniłam do HM i jak się okazało, nie chcieli wpuszczać ludzi na lotnisko na dłużej niż 5 minut, a jeśli już trzeba było zapłacić 40 funtów. No bez przesady. Także moja HM biegała w tą i spowrotem. No ale zadzwoniłam i w końcu się znalazłyśmy. I całe emocje ze mnie uszły i trochę się popłakałam. No ale od razu poczułam się lepiej. Po drodze Hm opowiedziała mi o swoich świętach, ja jej o swoich. I było ok. Zac też się ucieszył. Po powrocie zostawiłam walizki u siebie i 'ległam' się na łóżko.
Jutro Sylwester, bd z małym w nowej restauracji hostów i zobaczymy jak długo mały wytrzyma. A jak nie to po prostu wrócimy do domu i uderzę na białą salę z pilotem. Odbiję sobie zabawę jak wróci Anett. A o za tym ja swojego 'Sylwestra' miałam w drugi dzień świąt. I to mi wystarczy. A że nie wiem czy jutro bd miała czas i chęci żeby cokolwiek tu skrobnąć to życzę wszystkim tu zaglądającym szalonej zabawy i SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO 2013 ROKU, i oby był lepszy od 2012.  A sobie życzę, większego samozaparcia i wiary w siebie. 

#happynew2013year#

A no i nie byłabym sobą jakbym czegoś zapomniała z domu, a mianowicie kabla do aparatu. I teraz nie mam jak dziada naładować. I mam duuużo zdjęć ze świąt, ale wolałabym żeby nie ujrzały w większości światła dziennego. Oraz niezliczoną ilość zdjęć kota Pawła O.o. Coś normalnego postaram się wrzucić.












poniedziałek, 24 grudnia 2012

Poland

A więc od 20 grudnia jestem w Polsce. Nie spałam całą noc. Około godziny 3 nad ranem sprawdziłam ile ważą moje walizki, bo ciągle miałam wrażenie że jest po prostu za ciężka, a nie widziało mi się płacić za nadbagaż. Ale zważyłam sobie na spokojnie bagaże na lotnisku, i załapałam się na 19,1 kg i podręczny 8 kg. A w sumie to nic takiego ze sobą nie wzięłam. No ale wracając do podróży. O godzinie 5 byłam na lotnisku w Stansted, moja host mum zamówiła dla mnie taxi, bo sama nie mogła mnie odwieźć, bo mały na rano do przedszkola. Ale dojechałam. Padało strasznie. Na lotnisku do odprawy pełno Polaków, i typowo polskie zachowanie. Nie będę się rozpisywała, bo po prostu szkoda słów. Lot minął szybko i spokojnie. Na lotnisku w Krakowie byliśmy o 10:15. Potem szybko odbiór walizki i szybko na pociąg na dworzec główny. Było bardzo zimno. Temperatura na minusie około 10 stopni. No ale nic, tacham się z tymi walizkami. Dzięki za kółka w walizce;) I potem około 20 minut czekania na mrozie na pociąg. I dworzec w Krakowie. Ciągle miałam wrażenie że muszę mówić po angielsku, musiałam się pilnować;)  No i około 14 siedziałam w busie na Pińczów. Kierowca był okropny, niemiły i gburowaty. Trochę się przespałam. Ale to było dosyć trudne, bo pewna pani nade mną ciągle sapała,dając mi 'delikatnie' znać, żeby jej ustąpić miejsca. Ale ja bym nie ustała, bo nie spałam wtedy w ogóle. No ale udało się dotrwałam. I u babci zjadłam zupę pomidorową. Nigdy i tak zupa pomidorowa nie smakowała. No i potem dziadziuś odwiózł mnie do domu. I myślałam, że mama przewróci mnie w drzwiach z wrażenia. A Jula nie chciała ode mnie odejść przez przeszło godzinę. Ale ja byłam tak zmęczona, że o godzinie 9 już smacznie spałam. No a potem to totalne lenistwo, nic mi się nie chciało robić. I tak cały piątek i sobota. W niedzielę spotkałam się z moimi oszołomami - co prawda niestety nie wszystkimi ale, było bardzo fajnie. Chociaż krótko. Nadrobimy na pewno. Aaa i dostałam od mojej host rodzinki prezent, biżuterię i śliczną różową piżamkę. A teraz siedzę w domu z familią i piszę w końcu jakiegoś posta.

Życzę wam wszystkiego co najlepsze w tę Święta, w rodzinnym i przyjaznym gronie oraz niesamowitej szampańskiej zabawy i oby ten 2013 rok był jeszcze lepszy niż ten. MERRY XMASS!  XXX

















#gift#


krówka od brata :)



i biżu od host family :D




WESOŁYCH ŚWIĄT XXX


środa, 19 grudnia 2012

Ooola

Oj dawno tu nie zaglądałam, jestem ostatnio dosyć zajęta. Weekend miałam świetny, pomimo że w piątek nie czułam się zbyt dobrze. Ale zaprosiłam Olę do mnie na Pidżama Party. Obżarłyśmy się jak nigdy, wszystkiego po trochu, czipsy, donatsy, pizza, michałki i już nie pamiętam co tam jeszcze było. A co tam ;) Oglądałyśmy po raz już nie wiem który 'straszny film 2' - tak głupi, że aż śmieszny. Poszłyśmy spać koło 4 a o 9 już byłyśmy na nogach i szykowałyśmy się na shopping w Watford. Co prawda nie miałam zbyt dużo czasu bo zaczynałam pracę o 15, bo hości śpieszyli się na wesele. To szybko tu i tam. I potem na łeb na szyje, biegiem z przystanku z tobołami, żeby się nie spóźnić. Dałam radę. Mały szybko zasnął więc i ja się przespałam. No i calutką niedzielę spędziłam z Olą w Londynie. Nóg nie czułam, chodziłyśmy calutki dzień. Oxford Street, Picadilly Circus, Trafalgar Square, Big Ben i Buckingam Palace i to wszystko na piechotkę. Ale śmiechu co nie miara. Coś czuję, że znalazłam bratnią duszę w UK :)  Hmm, a tak wiecęj to nic, czekam na święta. Aaaa, wczoraj byłam z Anett na piwie w Yates, i ona obczajała takiego chłopaka, w sumie już od jakiegoś czasu. Jest tam barmanem, więc Anett siedzi tam co weekend. Haha, crazy Hungarian Girl :)
Spadam oglądać, jakiś kolejny durnowaty film. 

Dobranoc ;*


piątek, 14 grudnia 2012

break

Dzisiaj tak szybciutko, wołają mnie zadania z angielskiego na jutro. Po pierwsze DZIĘKUJĘ WAM za ponad 1000 wyświetleń <3. Bardzo mi miło, że ktoś tu zagląda i czyta moje 'przemyślenia'. Po drugie robiłam dzisiaj porządki u siebie. I jestem w szoku jak wiele rzeczy 'nazbierałam' w ciągu 6 miesięcy. Wszędzie tylko konsumpcjonizm i ogólna chęć posiadania. Wiedz nie dziwota, że i ja się w to wkręciłam. Szczególnie tutaj, kiedy mam swoje pieniądze, zarabiam - bo nie oszukujmy się Au Pair wbrew powszechnym opiniom to praca jak każda inna. Więc postanowiłam sobie trochę ukrócić tego dobrobytu. Bez niektórych rzeczy mogę normalnie żyć i funkcjonować, nie zakłóci to mojego bytu. I od nowego roku zakładam konto w banku - zabieram się za to od 6 miesięcy. Mam słomiany zapał do wszystkiego. Totalnie do wszystkiego. Więc nowy rok, nowe wyzwania i nowe marzenia. I tego się będę trzymać.

Jutro Piątek i Londyn z Olą <3

A teraz spadam do zadań. DZIĘKUJĘ jeszcze raz i dobranoc <3

Jula <3

wtorek, 11 grudnia 2012

busy weekend

Witam po krótkiej przerwie. Moja HM wyjechała w czwartek do Słowenii na festiwal i wróciła w niedziele wieczorem. Więc byłam bardzo zajęta. Czwartek był ok, szybko zleciał. W piątek byłam z małym do 5, bo siostra mojej HM wzięła go do siebie na noc. Także piątek wieczór miałam dla siebie. Wybrałam się z Anett do Watford, bo dawno się nie widziałyśmy. Najpierw byłyśmy w Yates i dostałyśmy nauszniki, śliczne, puchate i czerwone z logo 'Smirnoff'. Przynajmniej było mi ciepło w uszy ja wracałam do domu. Potem czatowałyśmy na ulicy żeby się załapać do klubu za free. No i udało się, i to nawet kilka razy. Więc lajcik. Chłopak od którego dostałyśmy free wejściówki do klubu, kazał nam stanąć w innej kolejce niż pozostali. Podszedł do nas ochroniarz, i zapytał czemu tu stoimy, i czy jesteśmy jakieś wyjątkowe. Haha, spoko gościu, po akcencie poznał, że nie jestem z tąd a jak się dowiedział, że Polska, to się śmiał że bardzo nas tu, Polaków dużo i że to jak nasza 2-ga ojczyzna. No i tak się pokręciłyśmy po kilku klubach, i zdecydowałyśmy się pójść do Mc. Po drodze Anett  zauważyła, ulicznego śpiewaka z gitarą i dołączyłyśmy się do niego, bo akurat grał 'Hero' Enrique Iglesiasa, tą piosenkę ubóstwiam, więc nie było opcji. Dołączyło się do nas kilku chłopaków i mieliśmy prawdziwy chór. Potem szybko do Mc i na autobus. Zimno było jak, nie wiem. Ja za ciepło ubrana nie byłam, więc po wyjściu z autobusu ściągnęłam buty i zapieprzałam biegiem do domu w samych skarpetkach. Straszne to było. Ale lepsze to niż wlec się w tych butach do domu ponad 20 minut przy tej temperaturze. Ale, żeby nie było tak pięknie, zimno próbuje mi wyjść. Walczę dzielnie. W sobotę byłam z Olą, w centrum handlowym w Wood Green. Bardzo miło, bardzo fajnie. Pozdrawiam Cię Aleksandro :*. Zdjęć nie ma bo dopiero dziś aparat naładowałam. Ale następnym razem, zrobię z niego pożytek. Kupiłam T-shirt z Primark-a z ciasteczkowym potworem i kolorowe rajstopki dla siostrzyczki. W sumie troche to na wariata było bo wieczorem maiłam babysittng, a dojazd do domu zajmował mi autobusem łącznie około 2 h. Więc szału nie było. Plus miałam 2 chłopkaów do pilnowania, kuzyni Zaca. Urwanie kapelucha. o 8:30 zarządziłam spanie. I jakoś poszło. Ale to 2 sztany + mój chłopiec to mieszanka wybuchowa. Rano zaspałam miałam przyjść o 8, zrobić chłopcom śniadanie. Wstałam 8:30. Tyle dobrego, że nie o 10 bo Host by chyba nerwicy dostał. No ale ok. Jak przyszłam, chłopcy byli w trakcie śniadania. H wyszedł do pracy, a ja zostałam z nimi i mnie jasna krew zalewała. Nie słuchali sie mnie praktycznie wcale, i Zac brał z nich przykład. Nigdy więcej. O 11 przyjechali po chłopców rodzice i dostałam od nich pudełko czekoladek w ramach podziękowania. Jak tylko wyszli, odetchnęłam z ulgą. I byłam wdzięczna losowi, że zajmuje się tylko jednym dzieckiem. Byłam padnięta więc położyliśmy się z Zaciem na materacu w salonie. Miałam nadzieje, że zaśnie ale gdzie tam. Był zmęczony, ale gdzie on tam do spania. Wzięłam go na lunch do restauracji hostów. Jak wróciliśmy położyłam go spać. Ale mi spanie przeszło. Około 10 wróciła moja HM. Więc byłam uradowana jak nigdy. Dziś byłam wolna, po południu poszłam z nimi na lunch, potem mały zasnął, H pojechała na zakupy a ja siedziałam i oglądałam Tv. Dostałam od niej prezent w ramach podziękowań za zajmowanie się małym i chłopakami. Śliczne, zimowe, cieplutkie kapciuszki. Zastanawiałam się nad kupnem podobnych.

Teraz kilka fotek :





#moje nauszniki, najlepiej prezentują się na moim pluszaku ;*#



#słodkości od chłopców#  





#kapciuszki#


#ciasteczkowy potwór#


Muzyka na dziś : Chris Brown - Don't judge me  <3

D O B R A N O C !!!

czwartek, 6 grudnia 2012

6 months in England

No i proszę, kto by się spodziewał, dokładnie pół roku temu moja noga stanęła na wyspach. Jestem bogatsza o tysiące nowych doświadczeń i przeżyć, poznałam bardzo wielu wspaniałych ludzi. Widziałam wszystko co przedtem dane mi było oglądać przez monitor. Dojrzałam, i teraz mogę otwarcie powiedzieć, że jestem dorosła. Postawiłam wszystko na jedną kartę i zaryzykowałam. Opłaciło się w 300%. Zostawiłam wszystko co miałam najcenniejsze czyli rodzinę i przyjaciół. I chciałam spróbować czegoś totalnie nowego i obcego. I mam, nie żałuje żadnego spędzonego dnia tutaj. Wszystko na plus, no i nawet pogoda mi tak bardzo nie przeszkadza. Nie mam z tym problemu. A i co najważniejsze mój angielski jest o niebo lepszy niż 6 miesięcy temu. Nie mam żadnych problemów z dogadaniem się z ludźmi. No i powoli zwalczam moją nieśmiałość. Jest dużo lepiej niż na początku. Nabrałam pewności siebie i to chyba właśnie o to chodziło.

Niestety mój plan zrobienia sobie tatuażu musi poczekać do nowego roku. Ale w sumie to i lepiej, bo nie jestem 100% pewna co chce. Nawet ostatnio szczerze mówiąc, nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Nadchodzący weekend mam pracujący, jestem wolna w piątek ( miała być Ola z nami, ale niestety babysitting ;( ) - i mam zamiar świętować moje pólrocze tutaj w Watford w jakimś klubie. W sobotę dzień, najprawdopodobniej nie pracuje, więc zrobimy mały wypad z Ola do centrum handlowego. I wieczorem z małym, niedziela z małym i wieczorem wraca moja HM. Czyli jednym słowem 'umarł w butach' w poniedziałek. Ale z tego co pamiętam, najprawdopodobniej bd miała offa. Oby. Uwielbiam małego, ale potrzebuję trochę odzipnąć. Bo jakoś nie wydaje mi się również, że w święta w domu sobie odpocznę, trzeba będzie nadrobić zaległości z 6 miesięcy.

Aaa, zapomniałabym ostatnio, bodajże wczoraj 'spadł śnieg'. Według moich obserwacji, tego śniegiem ne można było nazwać. Zapraszamy do Polski, tam dopiero jest śnieg. A nie to, ledwo co pokryte cieniuteńką warstwą śniegu pobocza i ogródki. Zresztą przez niecałe 15 minut. Ale co kto lubi :)



& mjuzik : Bednarek - Cisza <3 jestem totalnie oczarowana, głosem, muzyką i tekstem. Wiedziałam, że on jeszcze pokaże na co go stać.

 C H E E R S !!

niedziela, 2 grudnia 2012

polish weekend

Noo w końcu spotkałam się z Olą w piątek:) Ja miałam dojechać do Finchley i tam miałyśmy coś zrobić pub albo coś. Ok więc, ja już we wtorek albo środę sprawdziłam jak się tam dostać i w ogóle. I byłam pewna drogi. Dałabym sobie rękę uciąć. I tym sposobem byłaby dzisiaj bez ręki. musiałam brać kolejny autobus i metro z Mill Hill i dziadostwo za jeden przystanek zabrało mi 3.20. Ale kij tam, znalazłyśmy się z Olą i poszłyśmy na 'miasto' poszukać jakiegoś ciepłego miejsca gdzie możemy coś zjeść i napić się piwa. I dupa blada. Latałyśmy jak te dwie nawiedzone po Finchley ponad godzinę. Uśmiałyśmy się niesamowicie. Niby Londyn, co prawda nie centrum ale zawsze i cholernie trudno znaleźć jakiś pub i miejsca siędzące w nim. No ale w końcu poszłyśmy do tego pubu do którego zawitałyśmy na początku. Znalazłyśmy miejsce do siedzenia i chciałyśmy coś zjeść. A że Au Pair kokosów nie zarabia, szukałyśmy wg najniższej ceny no i zamówiłyśmy słatkę Cesar w porcji przystawki. No i dostałyśmy kilka liści sałaty lodowej, kilka grzanek, które jak się okazało były najlepszym składnikiem sałatki i jakieś resztki kurczaka minimalnej wielkości, dobrze, że piwo było dobre. Także jak na razie mamy dosyć sałatek. W sobotę wybrałyśmy się do Brent Cross shopping centre na zakupy ale nie kupiłyśmy nic, w sumie to i lepiej zaoszczędziłyśmy kasę. Byłyśmy jeszcze na lunchu w Pizza Exspress i wróciłyśmy do domu bo ja miałam babysitting. Na niedziele umówiłyśmy się na zakupy, tyle że do Primarku na Oxford Street. Nienawidzę z całego serca tego sklepu na Oxford Street. Ludzie jak szarańcza i bydło w jednym. Nie da się normalnie przejść a o dokładnym obejrzeniu rzeczy nie ma kompletnie co myśleć. Wszyscy się pchają, kurcze jakby im mieli za chwile sklep zamknąć. Masakra. Zrobiłam drobne zakupy, Ola też i z ulgą wyszłyśmy na zewnątrz. Po drodze zahaczyłyśmy o małą budkę z goframi. Których ja nie potrafię jeść, żeby się nie upaprać jak dziecko. Ale muszę przyznać że było pysznie i meeega kalorycznie;) No i koło 2 musiałam się zbierać bo musiałam zająć się małym. I tak mi minął polski łikend z Olą. Tylko potem dość trudno przestawić sie na angielski. Trzeba się zastanawiać jak to powiedzieć.
Zapowiada mi się dosyć ciężki tydzień i pracowity weekend. Na szczęście w piątek wieczorem jestem wolna i mam już plan co będziemy robić, ale o tym później. Zrobiłam w końcu coś z włosami, mam ombre. I sama muszę  nie skromnie się pochwalić, że nawet mi to wyszło i mi się bardzo podoba. Jak nigdy.

Mamy już grudzień, a to znaczy że już niedługo święta!! <3