Dlaczego ten czas tak szybko biegnie? Od wczoraj jestem już 'u siebie'. Święta zleciały niesamowicie szybko. Ogólnie czas w PL bardzo szybko mi minął. Dopiero co się pakowałam do domu, a teraz nawet rozpakować mi się nie chce. Wszystkie rzeczy w walizce. Chociaż w sumie może to i lepiej, że byłam dosyć krótko w domu, bo potem było by jeszcze trudniej tutaj wrócić. No ale na tym polega dorosłość. Dzieci prędzej czy później opuszczają dom rodzinny. No ale nic. Hmm co to ja chciałam? A no tak, powrót do domu to była masakra. W drodze na lotnisko do Krakowa, na zakręcie wykręciło nas o 180' na autostradzie i mały włos a wylądowalibyśmy pod ciężarówką jadącą drugim pasem. Po prostu masakra. Całe życie mi przeleciało przed oczami. Chwila i by było po nas. I właśnie w takich sytuacjach człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo cenne i kruche jest życie. Wystarczy chwila i już nas nie ma. No ale na szczęście nic się nie stało. Ale do końca, siedziałam jak na szpilkach i potem nogi mnie bolały od napinania mięśni. Dojechaliśmy bezpiecznie. Zważyłam torby, na szczęście nie przekroczyłam limitu. Odprawa, bramka i czekałam na przejście do samolotu. Jako, że miałam zarezerwowane miejsce, nie musiałam stać w kilometrowej kolejce. No i potem szybciutko do samolotu.Nie mam jakiejś paranoi na punkcie latania, ale nie potrafię się odprężyć i zrelaksować podczas lotu. Siedziałam przy oknie zaraz przy wejściu w drugim rzędzie. Pech chciał że w pierwszym usiadła jakąś para, znajomi wszystkich stweardess na pokładzie samolotu. I ni cholery nie dało się spać. Urządzili sobie bankiet, po prostu jakaś masakra. Potem przyszli jacyś znajomi z nikąd. Istny koszmar. A najlepsze było to, że jakiś czas potem jeszcze na chwilę pilot przyszedł się pośmiać. Nigdy więcej Ryanair-em nie polecę. I to nie ze względu na to, no może po części ale po pierwsze ograniczenia bagażowe do max 20 kilo, gdzie cena nie zostaje wliczona w cenę biletu. I za każdy dodatkowy kilogram trzeba zapłacić 20 funtów. Wtf? Oraz szukają na siłę sposobu jak zedrzeć ja najwięcej kasy z człowieka. Poleciałam tylko i wyłącznie tymi liniami, bo nie miałam innego wyboru. Bo za późno wzięłam się za kupowanie biletu. No ale przeżyłam jakoś, ale byłam zła i niewyspana. I na dodatek, kręciłam się około godziny na lotnisku w Stansted. Bo mój telefon zgubił pieprzony zasięg i za cholerę nie mogłam zadzwonić do HM ani ona do mnie.Biegałam na dwór i spowrotem jak debil. I nic. Aż mi się płakać chciało, ale mówię sobie nie, no bez przesady. I mnie oświeciło, poszłam do informacji zapytać o telefon. I znalazłam zadzwoniłam do HM i jak się okazało, nie chcieli wpuszczać ludzi na lotnisko na dłużej niż 5 minut, a jeśli już trzeba było zapłacić 40 funtów. No bez przesady. Także moja HM biegała w tą i spowrotem. No ale zadzwoniłam i w końcu się znalazłyśmy. I całe emocje ze mnie uszły i trochę się popłakałam. No ale od razu poczułam się lepiej. Po drodze Hm opowiedziała mi o swoich świętach, ja jej o swoich. I było ok. Zac też się ucieszył. Po powrocie zostawiłam walizki u siebie i 'ległam' się na łóżko.
Jutro Sylwester, bd z małym w nowej restauracji hostów i zobaczymy jak długo mały wytrzyma. A jak nie to po prostu wrócimy do domu i uderzę na białą salę z pilotem. Odbiję sobie zabawę jak wróci Anett. A o za tym ja swojego 'Sylwestra' miałam w drugi dzień świąt. I to mi wystarczy. A że nie wiem czy jutro bd miała czas i chęci żeby cokolwiek tu skrobnąć to życzę wszystkim tu zaglądającym szalonej zabawy i SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO 2013 ROKU, i oby był lepszy od 2012. A sobie życzę, większego samozaparcia i wiary w siebie.
#happynew2013year#
A no i nie byłabym sobą jakbym czegoś zapomniała z domu, a mianowicie kabla do aparatu. I teraz nie mam jak dziada naładować. I mam duuużo zdjęć ze świąt, ale wolałabym żeby nie ujrzały w większości światła dziennego. Oraz niezliczoną ilość zdjęć kota Pawła O.o. Coś normalnego postaram się wrzucić.




