Noo w końcu spotkałam się z Olą w piątek:) Ja miałam dojechać do Finchley i tam miałyśmy coś zrobić pub albo coś. Ok więc, ja już we wtorek albo środę sprawdziłam jak się tam dostać i w ogóle. I byłam pewna drogi. Dałabym sobie rękę uciąć. I tym sposobem byłaby dzisiaj bez ręki. musiałam brać kolejny autobus i metro z Mill Hill i dziadostwo za jeden przystanek zabrało mi 3.20. Ale kij tam, znalazłyśmy się z Olą i poszłyśmy na 'miasto' poszukać jakiegoś ciepłego miejsca gdzie możemy coś zjeść i napić się piwa. I dupa blada. Latałyśmy jak te dwie nawiedzone po Finchley ponad godzinę. Uśmiałyśmy się niesamowicie. Niby Londyn, co prawda nie centrum ale zawsze i cholernie trudno znaleźć jakiś pub i miejsca siędzące w nim. No ale w końcu poszłyśmy do tego pubu do którego zawitałyśmy na początku. Znalazłyśmy miejsce do siedzenia i chciałyśmy coś zjeść. A że Au Pair kokosów nie zarabia, szukałyśmy wg najniższej ceny no i zamówiłyśmy słatkę Cesar w porcji przystawki. No i dostałyśmy kilka liści sałaty lodowej, kilka grzanek, które jak się okazało były najlepszym składnikiem sałatki i jakieś resztki kurczaka minimalnej wielkości, dobrze, że piwo było dobre. Także jak na razie mamy dosyć sałatek. W sobotę wybrałyśmy się do Brent Cross shopping centre na zakupy ale nie kupiłyśmy nic, w sumie to i lepiej zaoszczędziłyśmy kasę. Byłyśmy jeszcze na lunchu w Pizza Exspress i wróciłyśmy do domu bo ja miałam babysitting. Na niedziele umówiłyśmy się na zakupy, tyle że do Primarku na Oxford Street. Nienawidzę z całego serca tego sklepu na Oxford Street. Ludzie jak szarańcza i bydło w jednym. Nie da się normalnie przejść a o dokładnym obejrzeniu rzeczy nie ma kompletnie co myśleć. Wszyscy się pchają, kurcze jakby im mieli za chwile sklep zamknąć. Masakra. Zrobiłam drobne zakupy, Ola też i z ulgą wyszłyśmy na zewnątrz. Po drodze zahaczyłyśmy o małą budkę z goframi. Których ja nie potrafię jeść, żeby się nie upaprać jak dziecko. Ale muszę przyznać że było pysznie i meeega kalorycznie;) No i koło 2 musiałam się zbierać bo musiałam zająć się małym. I tak mi minął polski łikend z Olą. Tylko potem dość trudno przestawić sie na angielski. Trzeba się zastanawiać jak to powiedzieć.
Zapowiada mi się dosyć ciężki tydzień i pracowity weekend. Na szczęście w piątek wieczorem jestem wolna i mam już plan co będziemy robić, ale o tym później. Zrobiłam w końcu coś z włosami, mam ombre. I sama muszę nie skromnie się pochwalić, że nawet mi to wyszło i mi się bardzo podoba. Jak nigdy.
Mamy już grudzień, a to znaczy że już niedługo święta!! <3

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz