Co to ja chciałam napisać? Hmm, a no tak już wiem. Jako, że wczoraj był piątek a ja miałam dosyć pracowity tydzień, to wyskoczyłam z Anett do Watford. Bardzo lubię to miejsce. Wszystko w jednym miejscu, jak natrafisz na takiego gościa (nie wiem jak to się profesjonalnie nazywa) co nagabuje ludzi do danego klubu, możesz wbić tam za darmo albo za pół darmo, albo jakieś inne promocje na drinki za pół ceny. Tylko, że potem przy barze okazuje się, że promocja nie obejmuje tego co ty akurat chcesz mimo, że na plakacie jest co innego. No cóż, to sie nazywa chyba marketing albo cuś w ten deseń. No ale tym sposobem, odwiedziłyśmy chyba z 5 różnych klubów. I znowu się przybłąkał gościu z aparatem. No niestety na większości zdjęć wyglądam jakbym miała jakąś deformacje twarzy albo po prostu drobny ubytek na umyśle. A oni te wszystkie 'fantastyczne' zdjęcia wrzucają na fejsa na fanpejdża. No niestety. Ale mimo wszystko zabawa była przednia. I co najważniejsze znalazłam w końcu, dzięki Anett oczywiście piosenkę, która mnie prześladowała od samego początku, kiedy pierwszy raz odwiedziłam angielską dyskoteke. Nie ma bata, żeby ktoś kto jest aktualnie na parkiecie kiedy puszczają tą piosenkę, jej nie znał. Ja próbowałam chyba wszystkiego, wpisywałam w wyszukiwarkę słowa i nic. Jak się potem okazało, nawet jedno słowo które ja myślałam e w tej piosence występuje nie zgadzało się z oryginałem. Haha, tak mój angielski jest perfecto. No ale nic. W końcu ją mam. I gwałce przycisk replay na You Tube. A najlepsze było to, że jak powiedziałam Anett, ze szukam jednej takiej piosenki, co mi nie daje spokoju to okazało się,że ona jakiejś szuka. I koniec końców, gadałyśmy o tej samej piosence, nie mając o tym zielonego pojęcia. Wróciłyśy do domu ostatnim autobusem, bo Anett pracowała dzisiaj rano a ja się umówiłam z dziewczynami na zakupy w Westfield. Przeogromne centrum handlowe. Trzecie co do wielkości w Wielkiej Brytani. Miazga poprostu, wszystko pod ręką i na sam koniec nie masz zupełnie siły od łażenia po wszystkich sklepach. Tak więc, słuchawki na uszy, autobus, który w połowie drogi zaczął się palić, to już drugi raz jak mi się to przytrafiło. Także kawałek na stacje darłam z buta. Nie lubię, jeździć metrem siedzenia na przeciwko siebie, i wkurzająca baba co się patrzyła na mnie conajmniej jakbym kogoś zabiła. Brrrr. No ale nic, Maja i Maria się spóźniły conajmniej godzine bo jakieś problemy z metrem. Więc ja przymarzłam do ławki na przystanku. Ale miałam free Wi-Fii z centrum handlowego także nie było tak źle. Nie wiem, czy to pech czy szczęście ale trafiłyśmy w Westfield na dzień kiedy to siostry Kardashian wprowadzały swoją kolekcje ubrań do Dorothy Perkins i z tej okazji zawitały do shopping centre. Ludzie oszaleli na ich punkcie, Masa ludzi, krzyk jak na koncercie. Próbowałyśmy na wszystkie możliwe sposoby chociaż przez chwile je zobaczyć, nie ma takiej opcji. Zbyt dużo człowieków. Dałyśmy sobie spokój i poszłyśmy do Burger Kinga coś wszamać. Ogólnie bardzo udany dzień, zakupiłam w końcu cieplejszą kurtkę, mimo że trochę przekroczyłam moje założenia budżetowe. Ale nie mogłam jaj zostawić w sklepie, po prostu nie mogłam. I muszę powiedzieć, żę bershka, mimo że stosunkowo drogi sklep. To jednak mój ulubiony. Jako jedyny gdzie jak wejdę mam ochotę kupić absolutnie wszystko. Dlatego akurat tej kurtki nie mogłam zostawić. Zdjęć praktycznie nie mam żadnych z dzisiaj bo, jestem koza i nie naładowałam baterii w aparacie. I jak wracałam do domu, to mój telefon tez padł i nie mogłam słuchać muzyki. I tak mi się strasznie dłużyło w metrze. Myślałam że usnę. Ale dotrwałam. I potem chwila relaksu z komputerem i babystitting. A teraz już jestem po. I padam na twarz dosłownie.
Serani- No Games A to piosenka:)
| Taki drobny tłum, chcący koniecznie zobaczyć siostry Kardashian. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz