czwartek, 8 listopada 2012

Lolololondon


Tak,  trochę mnie długo tu nie było. A to dlatego, że miałam dość intensywny tydzień. W zeszły czwartek i piątek byłam z małym w soft play. Było bardzo tłoczno, bo dzieciaki miały przerwę w szkole. To wszyscy uderzyli w soft play. Udało mi się przeżyć, choć nie powiem nie było to łatwe. Byłam totalnie padnięta.  A i zapomniałabym. Wspominałam, że jakoś nie jarają nie sukienki jakiś czas temu. No i w sumie to się nie zmieniło. Ale, jako że Marisa truła mi cztery litery na wypad do Londynu do clubu, to chcąc nie chcąc kupiłam sukienkę. Weszłam z Zaciem do Primarku. Pokręciłam się przy dziale z sukienkami. A wybór był przeogromny i szczerze muszę powiedzieć, że niektóre były naprawdę prześliczne. To znalazłam w końcu, czarną sukienkę z tiulu z asymetrycznym zakończeniem. Nawet jej nie przymierzałam. Nienawidzę tego robić. Przymierzam tylko buty no i kurtki. Reszta leci na oko. Poszłam do kasy, zapłaciłam. I przymierzyłam dopiero wieczorem jak miałam już wychodzić. I muszę powiedzieć, że była jak ze mnie zdjęta. A i zwróciłam ta bluzkę, której zdjęcie zamieściłam w poprzednim poście. To było w sumie do przewidzenia. Oczywiście jak to zwykle ja, byłam spóźniona. Na przystanek biegłam. Dobrze, że wzięłam ze sobą trampki. Bo inaczej mój bieg, zakończyłby się glebą. Z Marisą spotkałyśmy się w Edgware.  Ztamtąd metro do Cental London. Mało tego, ze byłyśmy spóźnione to jeszcze się zagadałyśmy i przegapiłyśmy naszą stacje. Trzeba było wracać. Dotarłyśmy. Picadylly Cicus. Niezależnie od pory dnia i nocy masa człowieków. Spotkałyśmy się tam z 4 dziewczynami. Dwie z nich znałam już wcześniej. A dwie były 'nowe'. No to że ja chciałam być miła, to się przedstawiłam pierwsza, bo one jakoś nie były zbytnio zainteresowane. No ale trudno. Przedstawiłam się, wyciągam do laski rekę, a ona mi na to in inglisz nie mogę Ci podać ręki bo bardzo mi zimno, i muszę je trzymać w kieszeni. Heee? Super. Bardzo mi miło nie ma co. Laska od tego momentu dla mnie nie istniała. Powiedziałam tylko ok, i odeszłam. Choć, w sumie miałam ochotę jej dowalić no ale ok. Szkoda zachodu. Znalazłyśmy w miarę tani club. Znaczy tylko wstęp był tani, bo ceny drinków z kosmosu dosłownie. Chciałyśmy z Marisą wbić do Tesco w celu zakupienia co nie co, ale miły pan poinformował nas, że ten dział po 23 jest nie czynny. Ok, więc kupiłyśmy sobie rogaliki z czekoladą na pocieszenie. Wróciłyśmy do clubu. Nasza koleżanka, Bicz - taki otrzymała nic po tym co odwalała na parkiecie. Rozumiem, ze można tańczyć sexi i wogóle. Ale to nie był porno- club. Ona chyba była innego zdania. Nie wnikam. Jej sprawa. Muzyka była świetna, najlepsza. Ogólnie impreza była całkiem, całkiem. Jedna piosenka, którą już słyszałam w kilku miejscach nie daje mi spokoju, ale nie mogę jej znaleźć, bo znam tylko trzy słowa. Rozkminię ją jutro w Watford. Od jednego super przemiłego chłopaka dowiedziałam się, ze wyglądam jak Inglisz Gerl. Także, nie wiedziałam czy się cieszyć czy obrazić. Bo wszystkie angielskie dziewczyny wyglądają tak samą. Takie same fryzury, ubrania i makijaż. Toćka w toćke. Po 3 zabawa się skończyła. Jako, że moje nogi były na skali wytrzymałości bólu, zmieniłam je na trampki. Od razu poczułam się lepiej. Wyszłyśmy z dziewczynami  co tu robić? Nocne autobusy są, ale jak potem dostać się do domu. Pierwszy autobus do Bushey 5:05. Nasze rumuńskie koleżanki sprowadziły jakichś bogatych biznesmenów, w sumie to nie wiem w jakim celu. No ale  po nich można spodziewać się wszystkiego. Chciałyśmy z Marisą pójść do Maca 24h, ale dziewczyny rzucały fochami na prawo i lewą. I skończyło się to tak, że poszłyśmy samę. A że nie mogłysmy go znaleźć, poszłyśmy na przystanek na Oxford Street na autobus do Edgware. Po drodzę minęłyśmy, w sumie golusieńkich chlopaków, biegających beztrosko po chodniku przy temperaturze prawie minusowej, tak jak ich Pan Bóg stworzył. Darmowa atrakcja. Czekałyśmy dobre pół godziny na autobus. W końcu przyjechał. Pomijając fakt, że w środku było jeszcze bardziej zimno niż na zewnątrz, udało nam się być na miejscu 15 minut przed piątą. W domu byłam o 6 bodajże. Zrobiłam sobię gorącą herbatę i wzięłam gorący prysznic. Sprawdziłam fejsa, tak jestem uzależniona. I zasnęłam. Wstalam przed 12 i otem wybrałam sie do Watford do centrum kontynuować moje świąteczne zakupy dla rodzinki. Po powrocie babysitting także nic ciekawego. A w niedzielę rano, byłam umówiona z hiszpańskimi Au pairs do Londynu. Dzień nam minął bardzo miło. Poznałam mnóstwo innych spanish au pair. Ale, nie mam już weny żeby o tym pisać. Dorzucam focisze.



Moje hiszpanki i ja


Tedddyyy







Donutss








Hot Chocolate <3

Uwielbiam stare samochody, jeszcze bardziej mnie zachwycają tutaj, na tle londyńskich budynków.



Marisa & Sofia & Ja













Mimo, że jestem tutaj od 5 miesięcy Londyn nie przestaje mnie zaskakiwać swoim urokiem <3




Londyn jest gotowy na święta, ja w sumie też. Czekam na Winter Wonderland w Hyde Parku i na święta w Polsce.

No nie dało, się nie wstąpić chociaż na minutkę :)

I gorąca herbatka po powrocie, z cytrynką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz